Osobiście widzę to tak: każdemu przydarza się jakiś cud. Umówmy się, że prawdopodobnie nigdy nie trafi we mnie piorun, nie zdobędę Nagrody Nobla, nie zostanę dyktatorem niewielkiego państwa na jednej z wysp Pacyfiku, nie zapadnę w nieuleczalny nowotwór ucha ani nie ulegnę spontanicznemu samozapłonowi. Jeśli jednak wziąć pod uwagę wszelkie nieprawdopodobne historie, zapewne okaże się, że przynajmniej jedna z nich przytrafia się każdemu. Mogłam zobaczyć deszcz żab. Mogłam postawić nogę na Marsie. Mogłam zostać pożarta przez wieloryba. Mogłam wyjść za mąż za Orlanda Bluma albo przetrwać jakimś cudem kilka miesięcy na morzu. Jednak ja jestem kimś, kto nigdy nie doświadczył cudów. Nigdy nikogo wyjątkowego nie poznał, nie doświadczył szalonych, niemożliwych wręcz rzeczy. Jestem kimś małym na tej wielkiej planecie, a ze wszystkich tych papierowych, malutkich ludzi ja jestem tą z wielu, którzy mają monotonne, smutne... albo inaczej... nudne życie.
Mnie nic się takiego specjalnego nie przydarzyło. No może kiedyś, gdy z moim przyjacielem pedałowaliśmy na rowerach w wieku dziewięciu lat zwiedzając Wolf Park, gdy natrafiliśmy na coś niebywale niezwykłego, niespotykanego... coś, czego na co dzień nie widuje nikt zwyczajny. Albo zleciałby się tłum, patrzyli, jak na wielki zabytkowy posąg w muzeum nie wzywając pomocy... my również nie wezwaliśmy pogotowia.
Co się stało?
Jak zwykle pedałowałam na stojąco, prostując ręce w łokciach i pochylając się nad kierownicą roweru, moje czarne tenisówki rozmywały się w koliste plamy. Był gorący, parny, marcowy dzień. Zbliżało się na niezłą burzę. Lubiłam deszcz. Lubiłam spacerować w deszczu, oglądać jak pioruny stykają się z ziemią wydając przy tym niesamowicie przyjemny dla mojego ucha grzmot, który aż unieruchamiał mi moje serce.
W każdym razie...
W tamtym czasie mój przyjaciel - Martin - miał się za wynalazcę, więc kiedy założył tylko blokady na rowery i rozpoczęliśmy nasz krótki spacer przez park w stronę placu zabaw, opowiedział o swoim pomyśle na wynalazek, który nazwał pierścieniarką. To była zwykła armata wystrzeliwująca jakieś obślinione kulki papieru w stronę wroga - Alvina Clintona. W tamtych czasach mojego dzieciństwa był to niezwykle nieprzyjemny chłopiec, na dodatek rude to i wredne, że nie sposób było go lubić. Ja go nienawidziłam za to, że unosił się swoimi bogatymi gadżetami, rodzicami, i samym sobą.
Więc - Martin opowiedział mi o pomyśle na armatę. Lubiłam coś budować, tworzyć, pracować z moim przyjacielem - szczególnie gdy chodziło o zemstę na znienawidzonym koledze z klasy - przystałam na jego pomyśle.
Ale nigdy nie zrealizowaliśmy tego pomysłu.
Martin zmarł w wieku dwunastu lat na białaczkę.
Od tamtego czasu się w sobie zamknęłam. Tak jakby.
Raz znalazłam martwego faceta w Wolf Park wraz z Martinem. Żadne z nas nie zawiadomiło pogotowia, mieliśmy dziewięć lat, nie mielismy nawet komórki. Do dziś pamiętam zakrwawiona trawę, ten wielki stary dąb, który nadal stoi w parku w tym samym rzecz jasna miejscu, no i dziurę w głowie po strzale. Popełnił samobójstwo.
Chciałam prowadzić dochodzenie w tej sprawie, ale Martin bał się. Miał plany, ja nigdy ich nie miałam.
W szkole uważają mnie za tajemniczą. Znają mnie, oczywiście. Mój ojciec jest producentem i właścicielem firmy Channel Expert, moje imię i nazwisko skojarzyli z tatą, a więc ludzie zaczęli rok temu do mnie zagadywać, może im coś kopnę na urodziny, albo tak sobie przyniosę telefon czy komputer który kosztuje dwa tysiące (mówię o telefonie). Najtańsza cena za telefon z firmy mojego ojca.
Pewnie. Czemu nie? Mając koleżankę która ma wejścia tu i tam... kto nie zauważy, że nie ma jednej czy drugiej paczki?
Ojciec by mnie zabił, a gdybym spytała - nie pozwoliłby mi.
Po pierwsze - nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego.
Swoją drogą, z moim chłopakiem było naprawdę kiepsko. Nigdy nie było gorzej. Ważniejsze były mecze i treningi, mnie miał w nosie. Przestało mi się podobać to wszystko już miesiąc temu gdy zaczął mnie ignorować.
Nie pozwolę sobie na takie traktowanie, więc stwierdziłam, że czas ze sobą zerwać.
Byliśmy znaną parą w szkole, ludzie mówili o Ashu jak o Bogu sportu i koszykówki, lecz dla mnie był skończonym kretynem który uwielbia być w centrum uwagi.
Dlatego ludzie mnie szanowali - bali się mojego agresywnego chłopaka, któremu ja się tylko umiałam postawić.
Oczywiście, gdy dowiedziałam się, że zdradza mnie z moją najlepszą przyjaciółką - postanowiłam, że zemsta Channel Abigail McCurly musi się zacząć niebawem.
Byłam mistrzem w zakradaniu się, moja tajemniczość intrygowała uczniów i nauczycieli. Byłam punktem, a raczej jednym wielkim pytajnikiem...
Przed szkołą w mieście mogłam spotkać Ashley - druga moja przyjaciółka. Przytuliłam ją, ale nie powiedziałam jej o swoim planie zemsty. Coś wymyślę. Nie pozwolę na takie chamstwo ze strony Asha, który nawet nie spodziewa się zerwania, ani niczego innego z mojej strony.
Byłam raczej osobą spontaniczną, mściwą, ale zabawną i sympatyczną. Tajemniczość grała u mnie największą rolę. Była moją ''gwiazdą''.
Przytuliłam Ashley.
-Jak tam?
-W porządku. - odparłam.
Była metalem - glany i poszarpane czarne jeansy - to był jej styl. Grała na gitarze nawet nieźle, a ja... ja byłam przy niej tylko przyjaciółką. Tylko? Zaraz. Byłam... AŻ jej przyjaciółką.
Co do tej ździry Sam... która przesypiała się za moimi plecami z moim chłopakiem... powinnam się na niej zemścić. Sama nie dam rady - wkręcę losową osobę w to wszystko. Każdy w szkole mnie zna, ale nikomu nie potrafię zaufać. Coś wymyślę.
Potem dołączył do mnie i Ashley mój brat bliźniak. Poszliśmy razem do szkoły. Gdy przyszedł Ash... miałam ochotę mu dać w mordę. I dałam. Przy całej szkole ośmieszyłam jego, bo kopniak w jaja był niesamowicie celny i bezbłędny. Wszyscy robili zdjęcia jak płacze z bólu, chłopaki na boku gwizdali, nauczyciele sie zbiegli a ja musiałam trafić do dyrektora - który zawsze czekał na moment, gdy mnie na czymś ktoś przyłapie. Ja z uśmiechem na ustach poszłam na dywanik. Zemsta jeszcze się nie zaczęła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz