wtorek, 5 stycznia 2016

Od Alaski

  Gdy weszłam do sali gdzie leżała Kath po porodzie... wcale nie poczułam się lepiej. Wcale nie poczułam tego, że macierzyństwo to piękna sprawa i mieć dziecko to równie cudowne jak i sama ta mała istotka która na ręku trzymała moja przyjaciółka.
-I jak się czujesz? - spytałam. - Widzę, że jeszcze żyjesz.
  Zaśmiałyśmy się.
-Jeszcze tak. Ciesze się, że już po wszystkim...
-Kath... może to nie najlepsza chwila na poważne rozmowy o moim dziecku które we mnie siedzi, ale... nie będę miała kiedy Ci tego powiedzieć.
-No...?
-Nie chcę sprowadzać kłopotów na Ciebie i Twoja rodzinę. Wolę... oddać to dziecko.
-Alasko, nawet mnie nie wkurzaj.
  Maks wszedł do środk, spojrzał się na mnie pytająco i zdezorientowany spytał, o co się w ogóle rozchodzi.
-O nic.
-Słyszałem. Chcesz zrobić największy błąd w swoim życiu.
-Dla mnie to najlepsze wyjście. Nie obchodzi mnie to dziecko. Ani to, co się z nim stanie.
-Wiesz, Maks... wpadłam na pomysł, byśmy zaadoptowali dziecko Alaski. To lepsze, niż zostawienie go Klausowi.
-Dobry pomysł. - przytaknął Maks. - Nie rób czegoś czego będziesz żałować.
-Nie chcę mieć problemów z dzieckiem, ani problemów z Klausem,  ani zwalac na was lawinę problemów bo Klaus został przeze mnie zignorowany a nasza umowa nie istnieje bo ja tak sobie zechciałam i zmieniłam zdanie.
-Alasko...
-Nie chcę żyć bez Matta, jasne? Kocham go. Nienawidzę go. Nawet już nie wiem co czuje. Nie dam rady do porodu i albo coś mnie zabije, albo ja popełnie samobójstwo z bezsilności. Ja pasuje.
  Wyszłam z domu i poszłam do apteki po tabletki...
poronne.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Od Katherine

Byłam przerażona! Nie mogłam pozwolić by Klaus dostał to dziecko. Dziś przeprowadziłam poważną rozmowę z Maksem.
Wieczorem pojechałam do Alaski.
-Hej Kath.
Weszłam do domu i usiadłam w salonie. Oczywiście w zaawansowanej ciąży nie powinnam prowadzić samochodu no ale Maks wyszedł do pracy a tę rozmowę chciałam przebyć tylko z Alaską.
-Jeśli chcesz rozmawiać o tamtym to od razu mówię iż zdania nie zmienię.
-Słuchaj. Tylko mnie wysłuchaj. Klaus zniszczy to dziecko. Będzie się nim wysługiwał. To będzie najgorsze co to dziecko mogło spotkać. Aborcja byłaby już bardziej łaskawa. Wierz mi. Klaus jest moim ojcem. Kto inny powie Ci prawdę o nim? Matt także by nie chciał by jego dziecko było zabawką w rękach Klausa.
-Ale je nie chce tego dziecka!
-Wiem o tym.. ciąża, macierzyństwo nie jest łatwe. Uwierz mi.. lada chwila mogę urodzić i ten fakt mnie przeraża jak nic innego! NA początku też bałam się.. nie chciałam dziecka. Ale.. kiedy zobaczyłam pierwsze USG,, poczułam kopnięcie malucha. Już byłam pewna. Oddałabym własne życie by moja córeczka mogła żyć.
-Ale ja nie dam sobie rady. Nie chcę być matką. -powiedziała ze łzami w oczach.
-Dobrze. Więc proszę Cię o coś. Nie oddawaj dziecka Klausowi. Ja z Maksem je adoptujemy. Ja nie pracuje. I tak siedzę w domu. A zaufaj mi. U mnie twoje dziecko będzie miało prawdziwy dom.. nie taki który byś mu dała oddając go Klausowi. Rozmawiałam z Maksem i on się zgadza. Opłacimy ludzi. Sfałszujemy dokumenty. Dzieci zrobimy na bliźniaki. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Proszę..
-Nie wiem..
-Przemyśl to. I nie martw się. My sobie z Klausem poradzimy. Nie odbierze nam ani naszego ani twojego dziecka. Oddamy nawet za nie życie jak będzie potrzeba. I nie martw się o nas. Ja i tak żyję już bardzo długo jak i Maks. Wiemy sporo o życiu i oboje znamy Klausa. Wiemy do czego jest zdolny. On zniszczy twoje dziecko. Oddaj je nam a my sprawimy że będzie miało prawdziwy dom i szczęśliwe życie.
-Przemyślę to.
-Obiecujesz?
-Tak.
-To dobrze. I jeszcze jedno.. unikaj Klausa. A w razie problemów wezwij mnie czy Maksa. Nie przejmuj się. Nie sprawisz nam problemów. Należysz do naszej rodziny.
Przytuliłam ją. I wtedy poczułam skurcz.
-Kath? Co sie stało?
Złapałam głęboki oddech.
-Nic..
Odsunęłam się o krok od Alaski i wtedy poczułam drugi skurcz.
-Kath?
-JA chyba..-oddychałam szybko.-Chyba sie zaczęło..
Dostałam kolejnego skurczu.
Alaska szybko zadzwoniła na pogotowie i po dłuższej chwili przyjechali.

***

Lekarz i reszta byli specjalne ściągnięci na cały okres mojej ciąży. Bo przecież normalny niczego nieświadomy człowiek by się trochę przestraszył że jego ciężarna pacjentka jest pół martwa a jednak żywa.
Po kilku godzinach wreszcie urodziłam. Maks był cały czas przy mnie. A kiedy podali mi moją córeczkę na ręce byłam prze szczęśliwa!!!
-Witaj mała Gabi.-powiedziałam z uśmiechem.
Miała piękne, duże szafirowe oczy.
-Cała mamusia.-powiedział Maks i pocałował mnie w czoło.


niedziela, 3 stycznia 2016

Od Alaski

  Zdziwił mnie Maks... Nagła zmiana nastąpiła tak nagle po śmierci Matta? Może to właśnie Matt maczał palce w tym, żeby trzymał się ode mnie z daleka... fakt, był zazdrośnikiem, ale bez przesady... Trudno mi powiedzieć co tak naprawdę się działo. Sama od śmierci... wiadomo kogo... nie wiem dokładnie gdzie jest moje miejsce. Ale Matt oddał życie za moje bezpieczeństwo... powinnam się z tego cieszyć i być dumna, ale wcale nie jestem. Nienawidzę go za to, że zostawił mnie z dzieckiem. Że zostawił mnie, nasze dziecko... chociaż nie wyobrażam sobie Matta w roli ojca jak ja siebie w roli matki. Przeraża mnie to, że nosze w sobie dziecko. Nie chciałam mieć dzieci, tak też teraz ich nie chcę. Nawet jednego, ślicznego, małego dzieciątka. Nie dam mu tego, co powinno mieć dziecko. Nie ma ojca, nie zapewnię nam takiego życia, jakie powinnam. Nie dam rady. 
  Inaczej zaczęłam rozpatrywać możliwość odnalezienia Klausa potajemnie. Gdyby ktokolwiek dowiedział się, że go szukam, nie puściłby mnie. Klausowi zależy na kolejnym potomku, jeśli jest to dziecko najsilniejszego z jego dzieci. Katherine nie odda dziecka, ale Klausowi starczy jedno. O jedno mu chodzi, a więc skoro sama wiem, że nie podołam wyzwaniu bycia matką to też wiem, że z sensem postąpię jeśli oddam dziecko w ręce Klausa. 
-Alasko? Wszystko dobrze? - spytał Maks zaniepokojony. 
-Tak... ech... przepraszam... zamyśliłam się...
-To widzimy. - spojrzała Kath na Maksa. 
-Może powinnaś na czas ciąży zamieszkać u nas? - spytał Maks.
  I tego się najbardziej obawiałam. 
-Wiesz co... chciałam sama sobie radzić. Łącznie z dzieckiem. Z ciążą... mam zamiar sama przygotować nam w miarę normalne życie... 
  Kłamstwo po kłamstwie. 
  Nie mam innego wyboru. 
-Nie spodziewałam się takiej pozytywnej energii u ciężarnej. - zaśmiała się Katherine i wypiła łyk wody po czym się lekko skrzywiła. - Ugh.. Nie lubię wody. Smakuje... właściwie.. to nie smakuje wcale. Nie ma smaku...
-Innych rzeczy nie możesz pić. - pocałował ją Maks.
 Kath skarciła go wzrokiem, chyba chodziło o to, że jestem tu ja, na dodatek w żałobie po swoim ukochanym bez którego nie wyobrażam sobie życia. 
-Nie przesadzajmy. - zaśmiałam się. - To, że... że... że Matt nie żyje... to nie znaczy, że od razu uznawać to za temat tabu. 
-Na pewno...? - spytała Kath. 
-Katherine, przecież nie zabronię się wam gździć po kątach gołąbeczki. - zaśmiałam się. 

  Wróciłam do domu i postanowiłam wziąć jednodniowy urlop. Musiałam sprawdzić, czy Karol jest w domu. Z nim miałam najlepszy kontakt, chyba nawet jedyny z całej rodziny Matta. Oprócz Katherine. Ale ona nie pomoże mi odnaleźć Klausa. 
  Stanęłam przed dworem Klausa i zapukałam do drewnianych, zdobionych ręcznie drzwi. Otworzyły się po dwóch minutach. Oczywiście zrobił to Michael. Zaskoczony wpuścił mnie od razu. 
-Co się stało, Ala? - spytał cichym, spokojnym głosem. 
-Nie wiesz, czy jest Karol? 
-Jest... zawołać go, tak? 
-Gdybyś mógł... - kiwnęłam głową z lekkim uśmiechem.
-KAROL! ZŁAŹ TU POPAPRAŃCU! - krzyknął Mich gdzieś w głąb wielkiego domu. 
-Zostaw nas samych. - powiedział Karol z lekkim uśmiechem. 
  Był wysokim, napakowanym brunetem. Miał bardziej czerwone oczy niż zwykle. Zaprosił mnie do salonu i zaproponował whisky. Nie wiedział, że jestem w ciąży. 
-Nie piję... właściwie... to muszę Ci coś powiedzieć i prosić o pomoc. 
  Wypił whisky i westchnął.
-Dobra, jestem gotów. Wal mała. - usiadł obok mnie. 
-Jestem w ciąży. Z Mattem. Ale nie chcę tego dziecka. Potrzebuję Klausa, by je zabrał i zdjął ze mnie to brzemię. 
-To aż tak wielkie brzemię? 
-Chcesz się zamienić? - spytałam śmiertelnie poważnie. 
-Weź, nie strasz mnie bachorami i czarownicami. Na pewno jesteś pewna, że chcesz je oddać Klausowi? Bo pamiętaj... ehm... że to KLAUS. 
-Pamiętam. Ale nikomu innemu go nie oddam. Dom Dziecka jest zbyt patologiczny. 
-Patologiczny? Dziewczyno, znajdź sobie parę która chce mieć dziecko i opchnij im za kupę kasy. 
-To jeszcze bardziej patologiczne wyjście, Karol.
-W sumie, masz rację. Ale wiesz, nie wiem gdzie właściwie jest Klaus. 
-Jak to?
-Po śmierci swojego ''jedynego'' idealnego synalka... puf, rozpłynął się w powietrzu. 
-Nie możliwe, że zniknął ot tak. 
-Wróci jak się dowie o twojej ciąży. Albo mam lepsze wyjście.
-Jakie?
-Katherine. 
-Co z nią nie tak?
-Z nią? Nic. Chce tylko użyć ją jako wabika. 
-Nie chcę jej tak wykorzystywać dla dobra własnego. 
-Ależ ty masz dobre serduszko, ojejkuuuu. - pisnął kobiecym głosem. - Nie wiem na co Matt poleciał. Chyba na ładną twarz, dupe... i reszte. 
  Wkurzona wstałam gotowa do wyjścia. Zatrzymał mnie. Odwróciłam się do niego. 
-Myślisz, że Mattowi zależało na byciu ojcem? On nawet zdechł myśląc, że robi dobrze. Bo cię ratuje. Alasko, jestem twoim przyjacielem ale myślę, że Matt kompletnie zapomniał kim jest i jaki jest. Tak samo Katherine. Jesteśmy złym pokoleniem wampirów. Od nas są wszystkie wojny przed laty, od nas są wszystkie kataklizmy, to my. TWÓJ MATT TEŻ. Był mózgiem operacji wraz z Kath i mną. Nasza twójka szczyciła się osiągami jakie mamy na koncie. Teraz wszystko się spieprzyło, przez to, że się wsunęłaś mu do spodni. 
-Nie próbuj tak mówić. - powiedziałam bliska płaczu. 
-Ależ Alasko, ja chcę tylko twojego dobra. 
-Chcesz tylko swojego dobra, moje cie nie obchodzi. 
-Matt zawsze zmieniał dziewczyny a potem znikał... teraz też tak może być. 
-Nie uciekłby. On nie żyje! 
-Nie uciekłby? Bo co? Bo cię... czekaj... kochał? Ala, ja nie chcę się kłócić i mieć na pieńku z ciężarną, ale po prostu przyznaj mi rację, skończymy tą idiotyczną dyskusję i przyniosę tu Kath. Klaus ma tu barierę dzięki której wyczuje Kath i dziecko. Przyleci jak mu zagramy.
-Nigdy nie przyznam ci racji i nie zaryzykuje życia dziecka Kath i jej. 
-Obchodzi cię jej dziecko, a nie twoje?
-Nie chcę swojego dziecka ale to nie znaczy, że mam nienawidzić jej dziecka. 
  
  Karol zniknął ale zaraz potem zjawił się z Katherine. Przerażona podeszłam do Kath. 
-Co tu jest grane?! - krzyknęła Kath. - Alaska?!
-Nie chciałam tego... Kath... nic ci nie będzie... - szepnęłam.
-Ty i Karol przeciwko mnie?!
-Nic ci nie będzie! - szepnęłam zapłakana. 
  Katherine chciała uderzyć Karola, ale on złapał jej pięść i przeszkodził jej.
-Co to, to nie, malutka Kath. 
-Karol! Przestań, proszę. - podeszłam do niego, a on puścił jej rękę. 
  Po chwili do domu wszedł Klaus. Tak jak mówił Karol. 
-Katherine, słonko... - szepnął Klaus zaskoczony.
-Co wy wyprawiacie?! 
-Nic ci nie będzie. Zobaczysz... 
-Spieprzaj! - odepchnęła mnie Kath. 
-Niezły prezent. - zaśmiał się Klaus. 
-Czekaj. - weszłam przed Kath. - Ja mam coś innego do zaoferowania w zamian za bezpieczeństwo Katherine i jej dziecka, na zawsze. 
-Co takiego możesz mieć do zaoferowania, Alasko?
-Jestem w ciąży. Z Mattem. Możesz sprawdzić... Nie chcę tego dziecka, a oddam je od razu po porodzie. Ale jeśli obiecasz mi i Kath że zostawisz ją w spokoju. I jej dziecko.
-Hmm... zgoda. - uśmiechnął się. 
  Kath stała w szoku a ja patrzyłam na Kath płacząc. Starłam łzę i odetchnęłam.
-Przepraszam, Kath. - wyszłam z domu.
  Gdy będę rodzić... Klaus się zjawi. I zabierze dziecko w cholerę. Nie chcę go i nigdy nie będę chcieć. Nie chcę nic, co przypominałoby mi miłość do Matta. 
  

Od Maksa

Ostatnie wydarzenia sprawiły że si,e zmieniłem. Kiedy Matt umarł tak jakby coś we mnie się przestawiło. Dziś Kath była na badaniach kontrolnych. Lada moment mogła urodzić. JA postanowiłem odwiedzić moją dawną przyjaciółkę. Nie wiem dlaczego wcześniej się od niej odsunąłem. 
-Hej Alaska.-powiedziałem podchodząc do baru.
-O część Maks... przyszedłeś się napić? Co chcesz?-zapytała wskazując na alkohol za sobą
-Nie.. nie pije. Przyszedłem do ciebie.
-Do mnie?-była zaskoczona.
-Słuchaj nie wiem co się stało wcześniej.. Czuje się tak jakby wcześniej coś mnie przed tobą z daleka trzymało. Chciałem to nadrobić.. ten czas. 
-Emm.. nie wiem co powiedzieć.
-Co ty na to by wieczorem spotkać się? TY, Kath i ja? Zrozumiem jak nie będziesz chciała..
-Nie no.. nie mam nic przeciwko.
-Także do zobaczenia. Przyjadę po ciebie o 18.. Pojedziemy coś zjeść. 
-Dobrze.
-A jak się czujesz? Dajesz sobie radę z ciążą?
-Emm tak. NA razie nie jest źle.
-Wiedz że zawsze możesz na mnie polegać. Tamto się nie powtórzy. 
Wyszedłem z baru i pojechałem do Kath. 
Akurat wychodziła od lekarza. 
-I jak tam śliczna?-pocałowałem ja w czoło. 
-Dobrze. Mam tylko uważać jeszcze bardziej. Lada moment w końcu nasza malutka może zechcieć przyjść na świat. 
-Kocham was. Moje małę dziewczynki.-przytuliłem ją. 
Pojechaliśmy do domu. W drodze powiedziałem jej o tym że umówiłem nas z Alaską na wieczór. 
-Szkoda mi jej.. Zostanie samotna matką. Gdybym.. wtedy coś zrobiła..
-Słuchaj! To je nie jest twoja wina! I tak dużo ryzykowałaś! Walczyłaś pomimo ciąży. Chciałaś dobrze. To nie twoja wina. 
-Ale.. gdybyś coś zrobiła..
-To możliwe ze byś i ty zginęła. A wraz z tobą nasza córeczka. Zrobiłaś nawet więcej niż musiałaś. 
-Ale czuję że mogłam coś jeszcze zrobić. 
-Nie obwiniaj się. To nie twoja wina,
-Matt.. był moim bratem bliźniakiem. Jego strata boli.-powiedziała i przytuliła mnie. 
Objąłem ją a ona zaczęła płakać. 
-Nawet nie mamy jak go pożegnać.. Nie ma ciała.. nie ma jak zrobić pogrzebu.. 
-Wiem kochanie. Spokojnie. Nie płacz. 
Pocałowałem ją w czoło. Byliśmy już w naszym nowym domu. Zaniosłem ja do sypialni i położyłem na łóżku. 
-Odpoczywaj kochanie.
Zanim wyszedłem z sypialni już spała. 
Kochałem ją. Bardzo. 
O 16 Kath zeszła na dół. 
Ja czekałem właśnie na nią. 
Usiadła obok mnie na kanapie i się przytuliła. 
-Jak się czujesz?
-Dobrze.
-Na pewno?
-Tak. 
-To dobrze. 
Pocałowałem ja w czoło. 
Równo o 18 podjechaliśmy po Alaskę. A następnie cała trójka wybraliśmy się do restauracji. 
Ludzie się trochę dziwnie na nas patrzyli. Ale się nie dziwię. Jeden chłopak, jedna dziewczyna w zaawansowanej ciąży a druga z lekko zaokrąglonym brzuszkiem. Ale mieliśmy gdzieś opinię ludzi. To byli tylko ludzie. A ludzie lubią gadać. 
Usiedliśmy przy zarezerwowanym stoliku a po chwili przyszedł kelner z daniami. Miałem nadzieje że dzisiejszy wieczór się uda. 

sobota, 2 stycznia 2016

Od Alaski

  Po tygodniu włuczenia się po pustych korytarzach śmierdzących padliną głód doskwierał mi jeszcze bardziej. Nie mówiąc o Natalii - siedmioletniej dziewczynce o którą nie miałam jak zadbać.
-A gdzie Twoi rodzice?
-Nie mam nikogo. Jestem sama.
  Zdałam sobie sprawę, że dziewczynka po wydostaniu się stąd pójdzie do domu dziecka. Chciałam ją przygarnąć... ale nie miałam zupełnie pojęcia o wychowaniu dziecka. Ona mogłaby być moja siostrą.
 
  Obudziłam się w łóżku, w znajomym pomieszczeniu. W pokoju ktoś się przechadzał i to nerwowo. Delikatnie podniosłam głowę i spojrzałam na Ade. Jak dobrze ja widzieć...
-Nareszcie się obudziłaś... - westchnęła przyjaciółka.
-Ile spałam...?
-Dwa tygodnie...zaczynaliśmy myśleć, że już po Tobie...
-Dwa...?
-Jest w ciąży. Musi jej to posiedzieć...! - usłyszałam za drzwiami głos Kath.
-Jestem... w... ciąży...? - szepnęłam w szoku.
-Tak...
-Co z Mattem?
  Ada Milczała. Do pokoju wparowała Katherine.
-Matt... Matt nie żyje..
-Co..?
-Spuściłam go z oczu na sekundę, przysięgam... przepraszam Alasko... ja... ja... ja nie sądziłam... to była zasadzka... Jackson musiał zginąć ale Matt chciał to zrobić sam... odwróciłam się na moment a oni już walczyli... teleportowal mnie tu... i... obaj są juz martwi...
  Milczałam.

  Po miesiącu dawałam sobie sama rade. Pracowałam tam gdzie wcześniej. Natalią zajęła się moja matka, zaadoptowała ją. Mieszkałam w centrum miasta. Cisza przebiegała prawidłowo, było mi trochę ciężko. Nikomu nie wspominałam, że jestem w ciąży. Było mi tak prościej.
  Za barem mogłam odpoczywać, to praca która nie wymaga zbyt dużego wysiłku a już dość sama robiłam wiele rzeczy. I tak przechodziłam żałobę związana z Mattem. Klaus ucichł,  nie wie, że mam w sobie jego wnuka. Katherine również ma spokój. Zaprzyjaźniłam się z nią bardziej i obie  - w ciąży - robimy sobie wieczorki panieńskie dla ciężarnych, wyjątkiem jest Ada która ma taryfę ulgową.
  Wszystko układało się jak najlepiej,  ale wiedziałam, że z czasem ciąża się rozwinie... wtedy będę miała większe problemy...

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od Alaski

  Nie za bardzo wiedziałam co robić. Matt zaginął, Kath zdaje się go dość dobrze kryła, nic nie chciała powiedzieć. Jackson o dziwo zniknął, ale stawiam, że nie na długo. Mogłam jedynie oddać się całkowicie swojej pieprzonej rutynie i robić to co powinnam robić dzień za dniem w swoim nad zwyczaj spokojnym życiu.
  Dziś korzystając z wolnego dnia od pracy i (chwilowo) nauki wpadłam z wizytą do Ady i chłopaków. Mogłabym przysiąc, że Katherine jest w ciąży, jednak o nic nie pytałam. Wampiry przecież nie zachodzą w ciążę... co nie?
  Przecież mężczyźni-wampiry są teoretycznie martwe, więc ich organizmy są równie martwe jak reszta ciała. Dlatego są zimne - brak krwi i jakichkolwiek komórek powoduje oziębienie. Ada jedyne co mogła mi powiedzieć to to, że to skomplikowana sprawa. Wiele mi mówi, ale z tego mogłam wyciągnąć, że mimo wszystko jednak mam nic nie wiedzieć, lub lepiej o tym nie mówić.
  Maks zszedł na dół. Nie powiem, nasze relacje trochę się oziębiły. Od kiedy ja jestem z Mattem a on z Katherine coś nas trzyma od siebie z daleka, nie jestem nawet w stanie określić, co to takiego. Kiwnęłam mu tylko głową a on zrobił to samo w moją stronę.
  Tośmy se pogadali.
  Dostałam nagle telefon ze szkoły od Orła. Musiałam pilnie iść do szkoły, zdenerwowana i zestresowana ruszyłam na wezwanie dyrektora i... cóż, modliłam się, żebym nic nie spieprzyła... i żeby mnie nie wywalili.

  W szkole weszłam do środka. Była zupełnie pusta, korytarze aż błyszczały się od nadmiaru środków czyszczących i pasty do podłogi, dlatego ostatnio ledwo co się tu nie zabiłam. Poszłam prosto do gabinetu dyrektora, ale w nim siedział Jackson. Zaskoczona chwyciłam za klamkę chcąc uciec, ale drzwi były zamknięte. Szarpałam klamką ale to na nic.
  Spojrzałam w stronę Jacksona a on z uśmiechem pstryknął palcami i zgasło światło. Po chwili się zapaliło, a ja stałam w pustym pomieszczeniu, zdaje się, tym samym gabinecie co kilka sekund temu. Otworzyłam drzwi by wyjść, nie miałam z tym żadnych problemów. Ale przede mną był ciemny, brudny i zasyfiały korytarz. Na nadgarstku miałam dziwną bransoletkę, świeciła na żółto.
  Po chwili znikąd usłyszałam głos Jacksona.
-Witaj w świecie krwi, mordu i wiecznego strachu. Jesteś... obiektem testowym mojej nowej zabawki. A więc... musisz tu przetrwać. Bransoletka to tylko informacja o mutacji.
-Mutacji...? Co ty pieprzysz?! Co to ma być...?!
-Przekonasz się. Jeśli będzie czerwona, to znaczy, że się bardzo boisz. Wtedy nastąpi mutacja. Powodzenia.

  Błąkałam się po ciemnym korytarzu szukając wyjścia. Świeciłam swoim telefonem ile tylko starczy baterii. Usłyszałam niedaleko trzask metalowych drzwi. Pobiegłam prostym korytarzem i pchnęłam wielkie, ciężkie drzwi i wyszłam na jakiś ogrodzony teren. Głowa mnie mocno zabolała, zakręciło mi się w głowie. Nagle przede mną stanęła mała dziewczynka.
-Hej... co tu robisz...? - spytałam a ona się lekko przestraszyła. - Nic ci nie zrobię. Boisz się? Ja bardzo... Jeśli chcesz pomogę ci stąd wyjść, hm?
-Nie wiem gdzie jest wyjście.
-Nikt tego nie wie. Macie mało czasu. - usłyszałam głos Jacksona.
-Spieprzaj, dobra?! - krzyknęłam.
  Dziewczynka drgnęła, a ja westchnęłam zmęczona.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. - szepnęła.
-Słuchaj... na pewno ktoś nas stąd wydostanie. Ktoś od moich przyjaciół... Na pewno ktoś się zorientuje. Jackson to zwykły ch... głupek. Pewnie powie komuś z moich przyjaciół o tym że mnie uwięził... znajdzie nas ktoś. Obiecuje.
  Dziewczynka złapała mnie za rękę i... gdzieś poprowadziła...

Od Chris'a

Byłem mega zdenerwowany, jutro miałem iść szukać sióstr, przecież gdzieś tam muszą być.
Kuło mnie w sercu, znałem je od 18 lat, zajmowałem się nimi i nie pozwoliłbym aby ktoś je skrzywdził, takie wydarzenia zmieniają ludzi. Przechodziłem koło baru, długo nie myśląc, usiadłem przed ladą i wpatrywałem się w kształty barmanki, nie miałem ochoty na flirt więc tylko tępo obserwowałem. Nagle się odwróciła i kuflem od piwa walneła w blat zaraz przed moją twarzą, chyba mnie przyłapała.
-Co podać ?
-Coś lekkiego, może jakiś dobry dżin ?
Bez słowa odpowiedzi zaczęła robić napój, szło jej to nieco niezdarnie, ale uroczo zarazem.
Podając mi dżin szepnęła.
-Jeszcze raz spojrzysz na mój tyłek to wydłubie ci oczy.
I wróciła do dalszej pracy. Usiadłem gdzieś z tyłu lokalu na kanapach, bezmyślnie obserwowałem ludzi, każdy się dobrze bawił,
czasami powstawały bójki i jacyś kolesie wylatywali z lokalu. I tam mijał mi wieczór, miałem skończyć pic po pierwszym, nie lubię alkoholu, ale coś mnie tam trzymało, pewnie ta barmanka  na którą kantem oka czasami spoglądałem.
Po jakimś czasie już jej nie było za lada, zamieniła ją jakaś brunetka, całkiem ładna brunetka.
Jeszcze w miarę trzeźwy podszedłem do niej, ale moją uwagę przykuł alkohol. Złapałem za szklankę z której pije już jakiś czas.
-Mógłbym prosić coś mocniejszego?
                                         ...

-Ładna dama z ciebie - mruknąłem gdy się odwróciła - przepraszam już idę, wcześniejsza barmanka mnie przegoniła gdy zacząłem podziwiać jej walory
-Miała racje... Wcześniej cię tu nie widziałam, turysta ?
-Przyjeżdżam tu co roku, lubię to miejsce.
-Tak sam ?
-W tym roku tak się złożyło że sam.
Skończył mi się alkohol, ona nie pytając nalała mi drugą porcje. Rozmawialiśmy dalej w trakcje gdy ona obsługiwała klientów.
-Nieźle musisz się tu nudzić. Pewnie częściej będę cie tu widywała.
-Fakt sam trochę się tu nudzę i raczej nie, nie jestem alkoholikiem, mało pije, no chyba że mnie wyrwiesz i będę latał za tobą jak bury pies - zaśmiałem się i wziąłem łyka
-Yym. raczej nie. - na jej twarzy nie było uśmiechu
-Powodzenia w pracy ja muszę do rana wytrzeźwieć - zapłaciłem - może jutro wpadnę odwiedzić ciebie i koleżankę - puściłem jej oczko i dumnym krokiem wyszedłem z lokalu.
Lekko się chwiejąc o własnych siłach doszedłem do motelu.
-Jutro kac gwarantowany - cicho powiedziałem, rozbierając się do kąpieli.
Biorąc prysznic chyba przysnąłem, widziałem jak pod tym samym prysznicem jakaś kobieta przecięła lekko jednym płynnym ruchem nadgarstek, potem wszedł mężczyzna, przytulił ją i wtedy się ocknąłem. Szybko się ogarnąłem i poszedłem spać.

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy