piątek, 27 listopada 2015

Od Alaski

  W tym roku mama postanowiła ''wrócić'' na stare śmieci i zamieszkać tutaj, a ojciec spytał się mnie, gdzie wolałabym mieszkać. Oczywiście - źle jest wybierać między matką a ojcem, ale ostatecznie wybrałam mamę. Ojciec wyjechał zły, a mama wykupiła ten domek dla nas. Mieszkałyśmy w rezerwacie - a szkoła się zaczynała wielkimi krokami.
  Mama pragnęła, bym weszła do tej szkoły w rezerwacie jako ''pilna uczennica'' więc zrobiłam jak kazała. Należałam do tych niegrzecznych dziewczynek, ale teraz postanowiłam coś zmienić na ''grzeczną'' bo ''niegrzeczna'' wiąże się z różnymi kłopotami.
  W szkole w rezerwacie było więcej uczniów niż w przeciętnej, publicznej. Bo ta - jak się domyślam - jest prywatna. Nic dziwnego, przecież jest w rezerwacie.
  I moje marne siedemnaście lat odezwało się właśnie w tym dniu, bo pomylono mnie z dziewczyną, która ma dwadzieścia. Pomyłka może brzmieć niemożliwie absurdalnie koszmarnie, aczkolwiek nauczycielka zauważyła ten błąd w mgnieniu oka i wysłała mnie i, tą, jak jej tam... Sarą.
  Szkoła w rezerwacie nazywała się Calver Creek, ale to był tylko zespół szkół, czyli to było tylko marne liceum. A uniwerek był na Florydzie - stamtąd właśnie przybyło kilka przystojnych stażystów, co mnie bardzo, ale to bardzo ucieszyło.
  Siedząc w zapełnionej klasie, gdzie tylko miejsce obok mnie było wolne - tak, nie miałam tu zbyt dużo znajomych - ujrzałam jak do mojej sali, na lekcję j.angielskiego wchodzi przystojny blondyn. Był tak nieziemsko przystojny, tak tajemniczy, że zaintrygował mnie od razu swoim spojrzeniem, wysportowanym, acz nie zbyt masywnym ciałem i - tym delikatnym, prawie niezauważalnym uśmiechem na kącikach ust.
  Był obłędny. C u d o w n y. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa opiszą, jak bardzo mnie pociągał. Gdy spojrzał na mnie aż poczułam przyjemne dreszcze.
-A co pan tu robi? - odezwał się Stary.
  Stary był nauczycielem około sześćdziesiątki i był najupierdliwszą pierdołą w tej szkole - uczył religii, chemii, j.angielskiego, j.łacińskiego...
  Jedni nazywali go geniuszem, a jedni po prostu pierdołą.
-Nie wiem, jak mogę trafić do dyrektora tej szkoły, proszę pana.
  Biła od niego inteligencja, uprzejmość, że nawet Stary był zaskoczony. Uśmiechnał się pierwszy raz w swojej wieloletniej karierze pierdoły i podszedł do niego mówiąc mu, jak ma dojść i gdzie.
 -Dziękuję panu. Do widzenia. - uśmiechnął się cudownie tajemniczo, a potem zniknął za drzwiami.
 
  Na przerwie starałam się rozkminić jaki mam numer pokoju - tak, wybłagałam mamę by wracała do Huberta i ojca i jej miasta i naszego domu, którego jeszcze cudem nie sprzedała, a ja zostanę tu w internacie. Miałam pokój z niejaką Sarą. Zaniosłam tam rzeczy, a w pokoju było milion półek z książkami. No mój świat... moja bajka!
  Jeszcze filozoficzne, jakieś do myślenia - coś w końcu na poziomie, a nie, jak w każdej bibliotece, Harry Potter i ... 
  Gdy wyszłam z internatu w stronę miasta - bo lekcje dobiegły końca - weszłam do autobusu by być szybciej. Siedziałam na tylnym siedzeniu i włożyłam do ucha słuchawki. Nie muzykę - lecz radio.
- ... zabił już ośmioro dzieci i jedną kobietę. Ciosy zadawał młotkiem, zwykłym, najzwyklejszym młotkiem, proszę pana. Mieści się to panu w głowie?! Rodzice dzieci nie wiedzą co mają począć... głowy dzieci były tak roztrzaskane, że matki mdlały na ten okropny widok. Radzę mieć się na baczności, kto wieczorami chodzi po mieście, bądź w ogóle spaceruje po miastach. Morderca zabija wszędzie. Nie znamy jego wyglądu, ani jak się nazywa. Jest genialny pod tym względem, że robi to tak, abyśmy nic nie wiedzieli. A na dodatek wi....
  Wyłączyłam radio i ignorując dalsze informacje wyszłam z autobusu przed siebie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy