Ï Nie chciałam grać tej roli, ani w ogóle nic nie chciałam odgrywać. Może nawet mi się to spodoba? Ta... dobre sobie. Nie lubię poznawać nowych ludzi, pracować z nimi i w ogóle, ale jeśli tego dobrze nie zagram to wylecę ze szkoły. Wole się tym nie chwalić wiec najlepiej udawać ze mi na tym zależy. Zachowanie tego "księcia" mnie irytowało, ale najlepiej udawać ze coś się lubi niż pokazywać najgorszą prawdę.
W szkole na przerwie, następnego dnia siedziałam na parkingu na masce samochodu Asha. Wróciliśmy do siebie mimo tego, że upokorzyłam go przed całą szkołą. Nie wiem czemu tak zrobiłam... mój brat Hubert nie popiera tego pomysłu. Wie, że Ash nie jest odpowiedni dla mnie. Zasługuje na kogoś lepszego i takie tam... ale każdy zasługuje na drugą szansę... chociaż nie jestem nadal pewna, czy go kocham.
Tamta grupka od tego "księcia" stała przy swoich motorach po drugiej stronie parkingu. Dwóch się na mnie patrzyło, a ja również zaczęłam patrzeć się na nich tak, by odwrócili wzrok. Jednak nie zrobili tego. Trwaliśmy tak kilka następnych minut, aż do dzwonka.
Podszedł do mnie Ash, przytulił i pocałował, a ja niechętnie przyjęłam pocałunek. Odsunęłam się od niego i zeskoczyłam z maski jego samochodu. Cała "nasza", a raczej jego grupa znajomych ruszyła zaraz za mną. Podeszła do mnie Ashley zaskoczona i pociągnęła mnie za rękaw mojej czarnej bluzy.
-Co ty odpieprzasz?! - prawie że krzyknęła. - wróciłaś do Asha?!
-Dałam mu szansę.
-Co?! Zdradzał Cię! A ty...??? O boże...!
-Każdy na nią zasługuje...
-Kto raz zdradzi będzie zdradzał. Sama mi to mówiłaś! On przecież nadal sypia z tą szmatą...
-Nie mów tak. - spuściłam głowę.
-Udowodnić ci to?
-Jak chcesz to zrobić?
Uśmiechnęła się.
-Dziś o 20 będę po ciebie.
-Jasne. - westchnęłam i poszłyśmy na lekcje.
Po lekcjach wyszłam szybko z sali i poszłam do samochodu Asha. Gdy zobaczyłam jaśnie "księcia" wychodzącego pospiesznie ze szkoły załapałam czemu. O nie, przede mną się nie ucieknie. Postanowiłam do niego podejść. Odeszłam od samochodu Asha i podbiegłam do uciekającego "Romea".
-Nie uciekniesz przede mną. - Powiedziałam stojąc mu za plecami.
-Nie mogę dzisiaj.
-Możesz możesz. - uśmiechnęłam się szeroko. - Chodź.
Pociągnęłam go za rękaw w stronę parku. Ash wysłał mi potem smsa, którego szczerze miałam gdzieś. Wiedziałam, że mnie widział jak idę ze swoim "partnerem" ze sztuki w stronę parku.
-Jesteś irytująca... - zaczął.
-Ty również. - odpowiedziałam szybko przerywając mu. - zaczynamy.
-Nie odpuścisz?
-Nie zamkniesz się? - Nie patrząc na niego odpowiadałam krótko i szybko.
-Kto tu dużo gada?
-Ty. - odparłam ze śmiechem.
Podałam mu jego tekst.
-Masz. Mi zależy na tym, a ze mamy pracować razem to chociaż się staraj.
-To nie dla mnie. - odparł z uśmiechem.
Nic już nie powiedzialam.
-Zacznijmy od tej sceny - wskazałam palcem na jego kartce - odtąd.
Przeczytałam dwie linijki i zaczęłam.
-Romeo! Czemu ty jesteś Romeo?
Zaprzyj się ojca swego i wyrzecz imienia
Lub, jeśli nie chcesz, miłość mi przysięgnij
A ja wyrzeknę się krwi Capuletów.
Zrobił kwaśna minę i spojrzał na kartkę. Był ode mnie wyższy o głowę. Musiałam na niego patrzeć w górę, czułam się tak mała, że spuściłam wzrok na kartkę.
-Biorą cię za słowo
Zwąc mnie miłością, ochrzcisz mnie na nowo
I nikt mnie odtąd nie nazwie Romeo.
-No nieźle. - westchnęłam. - Jednak rzeczywiście to nie dla ciebie. - zaśmiałam się pod nosem.
-Słuchaj, nie chcę mi się tego robić, wiec robie to z czystej łaski. - powiedział ostro.
Uśmiech zniknął mi z twarzy i spojrzałam na niego. Lekko mnie wystraszył.
-Przecież... ja nic złego nie powiedzialam...
-Spadam. - odszedł w stronę parkingu.
Bez słowa wyszłam z parku. Odczytałam wiadomość od Asha.
Jeśli jeszcze raz zobaczę cie z jakimś chłopakiem nie ręcze za siebie. Dostanie ci się.
On mi grozi?!
Nie wierzę!
O dwudziestej podjechałam z Ashley pod dom tej zołzy Sary, która rzekomo sypiała z Ashem. SYPIAŁA, pragnę zaznaczyć.
-Czemu tu jesteśmy?
-Zobaczysz. - Uśmiechnęła się.
Pociągnęła mnie w krzaki na posiadłość Sary. U niej w pokoju było zgaszone światło.
-Czemu siedzimy w krzakach? -spytałam.
-Ty uczyłaś mnie zemst, teraz pokaż mi jak to się robi.
-Czemu? O co chodzi? Skończyłam z tym...
-O nie. Zaraz wróci stara Alaska. Patrz.
Spojrzałam na okno. Ashley wyciągnęła telefon i zadzwoniła do ojca Sary. Przyglądałam się co robi moja przyjaciółka.
-Dobry wieczór, panie Harrison. - zaczęła całkiem nieźle udając męski głos. - chciałem tylko powiedzieć panu, że jestem oburzony zachowaniem pana córki, gdyż sypia właśnie z moim synem w pańskim domu! Tu ojciec Asha, proszę o...
Telefon został prawdopodobnie rzucony gdzieś w bok, bo po chwili Ash wyleciał nagi z okna uciekając przed ojcem Sary. Wściekła wyjęłam swój telefon.
-Koszykarz vs Alaska... 1:0. - szepnęłam.
-Koszykarzyku! Uśmiech! - krzyknęła Ashley.
Odwrócił się w naszą stronę i ja zrobiłam zdjęcie z fleszem, ukazując siebie w całej okazałości. Widział tylko mnie, ale uciekł w stronę swojego samochodu.
- Ucieknie... - szepnęła Ashley.
-Zadbałam o to. - uśmiechnęłam się. -Założyłam mu blokadę na kierownicę. Juz wcześniej. - zaśmiałam się.
- Genialna.
Zaczął uciekać środkiem ulicy nago jak debil, nigdy się tak nie uśmiałam.
Następnego dnia w szkole miałam nieprzyjemna sytuacje z Ashem. Pchnął mnie na szafki, a ja z uśmiechem wpatrywałam się w jego twarz.
-Zadowolona?! Zniszcze cie!
-No nie byłabym tego taka pewna... - wyjęłam telefon z kieszeni i pokazałam mu jego nagie zdjęcie. - Masz takiego tyciego, że wywalą cie chyba z drużyny - zażartowałam.
Uderzył w szafkę.
-Kto to widział? Kto?!
-Ashley. Tylko ona. Ale pamiętaj, żebyś nikogo już nie zdradzał bo będę miała powód żeby to zdjęcie ujrzała cała szkoła. - zaśmiałam się.
Oczywiście, że tylko go straszę. Odszedł wściekły a ja ruszyłam przed siebie chowając telefon do kieszeni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz