środa, 25 listopada 2015

Od Alaski



 Zajechałam z mamą i moim bratem pod nasz wynajęty dom. Jeszcze Hubert musiał ładnie zaparkować i będziemy się witać z nowym miejscem na te wakacje. Myśleli, że śpię, bo zaczęli mówić szeptem, by mnie nie obudzić.
-Ten tu nadal jest? - odezwał się Hubert.
-Daj spokój. Dopóki jest w Wolftown spokojnie jak kiedyś, możemy tu być i nie zaczynaj od nowa tego wszystkiego co było.
-A czarownice?
-Przestań, Hubert. Wiesz, że to temat tabu u nas w rodzinie. Maks jak widać jej nie pamięta a Alaska jego, więc może się nie poznają na nowo. Twoja siostra to chodzący pech, więc nie wątpię, że sprowadzi na tą hybrydę znowu jakieś kłopoty, jeszcze na siebie je weźmie i dopiero będzie. Koniec tematu Hubert. Weź walizki.
  Mama wyszła z samochodu i ''obudziła'' mnie. Odpuściłam sobie dociekanie do ich rozmowy sprzed chwili. Są wakacje... nie będę robić sobie problemów. I rodzinie.
  Mama wzięła głęboki wdech, a tata wyszedł z domku i pomógł dźwigać walizki. Mama spojrzała na piękny widok domków letniskowych i pól, łąk i lasów rozciągających się po nawet koniec świata.
-Są huśtawki. Ekstra. - ucieszyła się mama a ja poczłapałam do naszego domku.
  Rozglądałam się bez słowa po nawet sporym domku i pięknym wnętrzu. Niby tak nie nawalone różnymi meblami, ale luksusowo w jakiś sposób. Nawet ładnie. N a w e t .
-I jak córcia? - spytał tata.
-Czadowo. - odparłam oglądając kuchnię. - Nawet w miarę czysto, co jest rzadkością w takich dziurach jak ta.
-Dziurą? Urodziłaś się tu.
-Przecież wiem. - wzruszyłam ramionami. - Tato, gdzie jest moja czapka kapitana?
-Wzięłaś ją? - zaśmiał się tata.
-Ty się nie śmiej, zaraz będę kapitanem i się policzymy. - powiedziałam bez emocjonalnie. - To w takim razie, gdzie moja torba?
-W przed pokoju. - odparł, rozpakowując picia i prowianty które mama napakowała.
  Pierwszy raz! Mama zawsze miała gdzieś gotowanie - to tata w naszej rodzinie pełnił rolę kucharza. Mama raczej wolała sprzątać i śpiewać przy tym bardzo głośno, jej hobby było i jest nadal - odstraszanie wszystkiego co żyje - swoim jakże cudownym ''anielskim'' głosem.
  Po prostu mama była jedną wielką wiochą, ale co prawda - uwielbiała to jak i modę. Mama ubierała się jakby przyjechała z Hollywood. Była moja wielką gwiazdą filmową, a tata robił za mojego osobistego super hiper bohatera w ''czerwonej pelerynie'' który zawsze mi pomoże.
   A Hubert? Ten to się nie liczy. Mały wkurzający gnojek - i tyle.
-Idę się przejść. Kapitan opuszcza pokład. - mruknęłam a mama nawet nie zdążyła nic powiedzieć.
  Odwróciłam się do niej, uśmiechnęłam, założyłam swój kapelusz i poszłam w drogę zwiedzić szlag od strony rezerwatu - tu właśnie znajdował się teren kempingowy/letni. Po tej stronie było ładnie, a do drugiej strony Wolftown mama i tata kazali mi nie wchodzić. Podobno jest tam niebezpiecznie.
  Słuchałam ich. Byłam ich kochaną córeczką. Akceptowałam rozwód rodziców, nawet nie dawali mi odczuć, że jednego z nich mi brakuje. Dawali z siebie dwieście procent.
  Uśmiechając się do mamy odwróciłam się powoli nie znając rezerwatu i poszłam zwiedzać.
  Może i dla rodziny byłam miła, uczynna, kochająca. Ale nikt nie mówi, że jestem ucieleśnieniem dobra i ''kochanego serduszka''. Moi rodzice uważają na mnie ze względu również takiego, że jestem bombą, którą oni wolą pilnować. Bo gdy wybuchnie pomysłami na spędzenie czasu... miasto może zapamiętać jej imię jak i nazwisko. Już pamiętają.
  Spójrzcie. Idą - Jenny i Tiffany - dwie zołzy, które nigdy w tej szkole mnie nie lubiły. Jak i z wzajemnością.
-Alaska...?! - zdziwiły się.
  Zaraz obok mężczyzna który wychodził z jednego z domków, które były na tej ulicy identycznie ustawione, spojrzał na mnie robiąc wielkie oczy. Ale nic nie powiedział. Gdy nasze spojrzenia się zetknęły wyczuł pewnie ten prąd ostrej Alaski McCurly, którą, swoją drogą, zna tutaj w Wolftown każdy.
-Channel, ty tutaj?! - zaśmiała się Jenny.
-To papierowe miasteczko przejmuje ja.
-Zawsze byłaś postrzelona. Wyjeżdżaj stąd. - syknęła Tiff.
  Uśmiechnęłam się.
  Włożyłam do uszu słuchawki poprawiając czapkę i włączyłam swoją ulubioną piosenkę.
-Żegnam. - mruknęłam i poszłam przed siebie z uśmiechem na ustach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy