poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od Alaski

  Nie za bardzo wiedziałam co robić. Matt zaginął, Kath zdaje się go dość dobrze kryła, nic nie chciała powiedzieć. Jackson o dziwo zniknął, ale stawiam, że nie na długo. Mogłam jedynie oddać się całkowicie swojej pieprzonej rutynie i robić to co powinnam robić dzień za dniem w swoim nad zwyczaj spokojnym życiu.
  Dziś korzystając z wolnego dnia od pracy i (chwilowo) nauki wpadłam z wizytą do Ady i chłopaków. Mogłabym przysiąc, że Katherine jest w ciąży, jednak o nic nie pytałam. Wampiry przecież nie zachodzą w ciążę... co nie?
  Przecież mężczyźni-wampiry są teoretycznie martwe, więc ich organizmy są równie martwe jak reszta ciała. Dlatego są zimne - brak krwi i jakichkolwiek komórek powoduje oziębienie. Ada jedyne co mogła mi powiedzieć to to, że to skomplikowana sprawa. Wiele mi mówi, ale z tego mogłam wyciągnąć, że mimo wszystko jednak mam nic nie wiedzieć, lub lepiej o tym nie mówić.
  Maks zszedł na dół. Nie powiem, nasze relacje trochę się oziębiły. Od kiedy ja jestem z Mattem a on z Katherine coś nas trzyma od siebie z daleka, nie jestem nawet w stanie określić, co to takiego. Kiwnęłam mu tylko głową a on zrobił to samo w moją stronę.
  Tośmy se pogadali.
  Dostałam nagle telefon ze szkoły od Orła. Musiałam pilnie iść do szkoły, zdenerwowana i zestresowana ruszyłam na wezwanie dyrektora i... cóż, modliłam się, żebym nic nie spieprzyła... i żeby mnie nie wywalili.

  W szkole weszłam do środka. Była zupełnie pusta, korytarze aż błyszczały się od nadmiaru środków czyszczących i pasty do podłogi, dlatego ostatnio ledwo co się tu nie zabiłam. Poszłam prosto do gabinetu dyrektora, ale w nim siedział Jackson. Zaskoczona chwyciłam za klamkę chcąc uciec, ale drzwi były zamknięte. Szarpałam klamką ale to na nic.
  Spojrzałam w stronę Jacksona a on z uśmiechem pstryknął palcami i zgasło światło. Po chwili się zapaliło, a ja stałam w pustym pomieszczeniu, zdaje się, tym samym gabinecie co kilka sekund temu. Otworzyłam drzwi by wyjść, nie miałam z tym żadnych problemów. Ale przede mną był ciemny, brudny i zasyfiały korytarz. Na nadgarstku miałam dziwną bransoletkę, świeciła na żółto.
  Po chwili znikąd usłyszałam głos Jacksona.
-Witaj w świecie krwi, mordu i wiecznego strachu. Jesteś... obiektem testowym mojej nowej zabawki. A więc... musisz tu przetrwać. Bransoletka to tylko informacja o mutacji.
-Mutacji...? Co ty pieprzysz?! Co to ma być...?!
-Przekonasz się. Jeśli będzie czerwona, to znaczy, że się bardzo boisz. Wtedy nastąpi mutacja. Powodzenia.

  Błąkałam się po ciemnym korytarzu szukając wyjścia. Świeciłam swoim telefonem ile tylko starczy baterii. Usłyszałam niedaleko trzask metalowych drzwi. Pobiegłam prostym korytarzem i pchnęłam wielkie, ciężkie drzwi i wyszłam na jakiś ogrodzony teren. Głowa mnie mocno zabolała, zakręciło mi się w głowie. Nagle przede mną stanęła mała dziewczynka.
-Hej... co tu robisz...? - spytałam a ona się lekko przestraszyła. - Nic ci nie zrobię. Boisz się? Ja bardzo... Jeśli chcesz pomogę ci stąd wyjść, hm?
-Nie wiem gdzie jest wyjście.
-Nikt tego nie wie. Macie mało czasu. - usłyszałam głos Jacksona.
-Spieprzaj, dobra?! - krzyknęłam.
  Dziewczynka drgnęła, a ja westchnęłam zmęczona.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. - szepnęła.
-Słuchaj... na pewno ktoś nas stąd wydostanie. Ktoś od moich przyjaciół... Na pewno ktoś się zorientuje. Jackson to zwykły ch... głupek. Pewnie powie komuś z moich przyjaciół o tym że mnie uwięził... znajdzie nas ktoś. Obiecuje.
  Dziewczynka złapała mnie za rękę i... gdzieś poprowadziła...

Od Chris'a

Byłem mega zdenerwowany, jutro miałem iść szukać sióstr, przecież gdzieś tam muszą być.
Kuło mnie w sercu, znałem je od 18 lat, zajmowałem się nimi i nie pozwoliłbym aby ktoś je skrzywdził, takie wydarzenia zmieniają ludzi. Przechodziłem koło baru, długo nie myśląc, usiadłem przed ladą i wpatrywałem się w kształty barmanki, nie miałem ochoty na flirt więc tylko tępo obserwowałem. Nagle się odwróciła i kuflem od piwa walneła w blat zaraz przed moją twarzą, chyba mnie przyłapała.
-Co podać ?
-Coś lekkiego, może jakiś dobry dżin ?
Bez słowa odpowiedzi zaczęła robić napój, szło jej to nieco niezdarnie, ale uroczo zarazem.
Podając mi dżin szepnęła.
-Jeszcze raz spojrzysz na mój tyłek to wydłubie ci oczy.
I wróciła do dalszej pracy. Usiadłem gdzieś z tyłu lokalu na kanapach, bezmyślnie obserwowałem ludzi, każdy się dobrze bawił,
czasami powstawały bójki i jacyś kolesie wylatywali z lokalu. I tam mijał mi wieczór, miałem skończyć pic po pierwszym, nie lubię alkoholu, ale coś mnie tam trzymało, pewnie ta barmanka  na którą kantem oka czasami spoglądałem.
Po jakimś czasie już jej nie było za lada, zamieniła ją jakaś brunetka, całkiem ładna brunetka.
Jeszcze w miarę trzeźwy podszedłem do niej, ale moją uwagę przykuł alkohol. Złapałem za szklankę z której pije już jakiś czas.
-Mógłbym prosić coś mocniejszego?
                                         ...

-Ładna dama z ciebie - mruknąłem gdy się odwróciła - przepraszam już idę, wcześniejsza barmanka mnie przegoniła gdy zacząłem podziwiać jej walory
-Miała racje... Wcześniej cię tu nie widziałam, turysta ?
-Przyjeżdżam tu co roku, lubię to miejsce.
-Tak sam ?
-W tym roku tak się złożyło że sam.
Skończył mi się alkohol, ona nie pytając nalała mi drugą porcje. Rozmawialiśmy dalej w trakcje gdy ona obsługiwała klientów.
-Nieźle musisz się tu nudzić. Pewnie częściej będę cie tu widywała.
-Fakt sam trochę się tu nudzę i raczej nie, nie jestem alkoholikiem, mało pije, no chyba że mnie wyrwiesz i będę latał za tobą jak bury pies - zaśmiałem się i wziąłem łyka
-Yym. raczej nie. - na jej twarzy nie było uśmiechu
-Powodzenia w pracy ja muszę do rana wytrzeźwieć - zapłaciłem - może jutro wpadnę odwiedzić ciebie i koleżankę - puściłem jej oczko i dumnym krokiem wyszedłem z lokalu.
Lekko się chwiejąc o własnych siłach doszedłem do motelu.
-Jutro kac gwarantowany - cicho powiedziałem, rozbierając się do kąpieli.
Biorąc prysznic chyba przysnąłem, widziałem jak pod tym samym prysznicem jakaś kobieta przecięła lekko jednym płynnym ruchem nadgarstek, potem wszedł mężczyzna, przytulił ją i wtedy się ocknąłem. Szybko się ogarnąłem i poszedłem spać.

niedziela, 27 grudnia 2015

Od Alaski

  Martwilam się o Matta. Byłam cały czas z hybrydami... jeżeli on uważa, że będę bezpieczna przy nich to widocznie tak jest. Ufałam mu. Tak jak i hybrydom.
  Na razie by dać radę opłacić dom musiałam podzielić cześć na pół i wystawić na wynajem. Tak doradził mi tata, co może było dobrym pomysłem. Również podjęłam prace w kawiarni jako kelnerka i barmanka. Trudne wydawało mi się nalewanie przed pracą w kawiarni i w barze, nic bardziej mylnego.
  Miałam nadzieję na to, że będą płacić w miarę dobrze, jednak tu byłam w błędzie. Dlatego nie tylko pracując jako kelnerka, zaczęłam stać za barem i tak wyglądał mój każdy dzień. Matt zniknął, a Kath zapewnia, że jest dobrze ale nie wie kiedy Matt wróci. Czy w ogóle wróci.
  Minął tydzień a z każdym dniem na zajęciach robiłam się senna. Nieprzespane noce związane z nauką i pracą w nocy jako barmanka a potem jako kelnerka w dzień stawało się coraz bardziej trudniejsze i męczące. Pracowałam jako kelnerka trzy razy w tygodniu w dzień a reszta tygodnia była od spędzaniu czasu na nocnym nalewaniu piwa.
  Właśnie stałam za barem i wyjątkowo w tej samej kawiarni zastąpiłam kolegę który pilnie musiał wyjść. Wiec stałam za barem patrząc jak wykonuje pracę kelnerki Victoria. Było około siedemnastej i zaczynali schodzić się ludzie. Usiedli przy barze i po dwóch godzinach nawalił się jakiś chłopak, ok. 20 lat.
  Oparł podbródek na dłoni i wpatrywał się tępo w barek pełen wódki i whisky stojący za mną, złapał za szklankę i mówiąc bez entuzjazmu i emocji powiedział:
-Mógłbym prosić coś mocniejszego?
  Wstalam ze stołka i spojrzałam na niego kpiąco.
-Na pewno chce pan jeszcze pić?
-Jestem trzeźwy. Pewnie pani się nie zna na alkoholach które ma pani za plecami...
  Wypięłam się do alkoholi tyłkiem i oparłam łokcie na blacie patrząc chłopakowi prosto w oczy.
-Mamy tu oczywiście alkohole najlepszej jakości, drinki robione z boskich rąk szanownej pani barmanki na którą Pan patrzy. Polecam wypić Dakos Mug, to jeden z największych kieliszków jakie posiadamy, duża ilość wódki, jakakolwiek pan by sobie życzył. Proponuje Jacka Daniels'a z odrobiną lodu wódki i ruskiego słodu piwnego.
-No, nieźle. Mało znam barmanek które wiedzą co robią.
-Jedyna robota do jakiej się nadaje. I poznaje niezłych ludzi. To co? Dakos Mug?
-Lej, prosz... - przysunął szklankę do mnie a ja zrobiłam mu Dakos Mug.
-Kurwa, mocne... - skrzywił się ale zaraz wypił więcej. - dobre...
-Dziękuję. - mrugnięłam do niego i odwróciłam się na pięcie do barku.
  Zapowiada się długa, nudna noc...

sobota, 26 grudnia 2015

Od Chris'a

-Na pewno ? Nie za wcześnie ? Byłeś tak do nich przywiązany... może pojechać tam do ciebie ? -kobiecy głos w komórce
-Tak na pewno, dam sobie radę, chcę sam zakończyć tę sprawę i mieć wreszcie spokój. - odpowiedział Chris podgłaszając muzykę w radiu, Faces - Cindy Incidentally
Rzucił telefon na siedzenie pasażera i depnął na gaz. Był już niedaleko celu, właśnie wjeżdżał w las, cale szczęście że przez niego prowadzi droga asfaltowa.
Minął górę na której znajduje się jego domek letniskowy, pojechał dalej, sporo dalej, aż do
pobliskiego miasteczka, tam wynajął pokój w motelu. Mała ciasna klitka, łóżko, łazienka, nie było kuchni. Zdecydowanie przydała by się tu renowacja, tynk lekko odpada, ale mu nie zależało na tym, chciał wynająć cokolwiek nie drogiego, aby tylko mógł być sam i miał co zjeść. Nie należał do biednych lecz nie lubił wydawać bez sensu pieniędzy.
-Wiem że nie jest to 5 gwiazdkowy hotel, ale życzę Panu miłego pobytu - powiedziała jedna z recepcjonistek po odprowadzeniu go do pokoju.
Była brunetką, miała starannie związane włosy, żaden nie odstawał, była nienaganna, sztywna, ale uśmiechnięta.
-Jestem Chris nie Pan. Wiem co wynająłem, byle dało się spać. - rzuciłem wymuszonym uśmiechem.
-Do zobaczenia Pani Dean. - zamknęła drzwi za sobą zostawiając mnie samego w pokoju.
Położyłem bagaże na łóżku i wyruszyłem na miasto, często w nim bywałem, ale nigdy nie byłem tu sam, zawsze były to jednorazowe wypady ze znajomymi po coś do jedzenia, napicia się i powrót do małego raju w górach, tam byliśmy sami, ogromny otwarty obszar, na jebutnej górze porośniętej gęsto lasem, i jeden domek.
Z domu nie brałem nic do jedzeniu ponieważ tu jest dość tanio a na pewno taniej niż u mnie.
Wchodziłem do sklepu i wtedy dostałem z bara raczej niechcący bardziej przez pośpiech  koleś olał sprawę ale ja nie. Chciałem kogoś poznać, albo się pośmiać, a tego kolesia już kojarzyłem, rok temu widziałem go w stanie wskazującym w barze, parę zdań się zamieniło, może mnie pamięta.
- Hej ! - Ej przytęp jesteś czy po prostu głupi ? - spytałem tak aby mnie usłyszał
Odwrócił się i wyrzucił fajkę na chodnik, lekko ją przydeptał.
-Jesteś nowy ? - spytał wpatrując się prosto we mnie
-Już parę razy tu byłem - odparłem stanowczo
Zaśmiał się lekko i poszedł dalej.
-Wiem ,że jesteś Maks, wiesz śmieszna historia masz tak samo na imię jak i mój pies. Ba dum tsss. Może piwko ?
Niestety mnie olał, wszedłem do sklepu, trochę mi tam zeszło, karierka była niezła.

 

Od Katherine

Obiecałam Mattowi ze pomogę mu. Musiałam to zrobić. Percy nie da żyć ani mnie, ani Maksowi a o dziecku już nie wspomnę.
Umówiłam się z Mattem ze wieczorem przyjadę do niego i omówimy szczegóły. Jednakże teraz mogłam wreszcie wrócić do Maksa. Nie wiedziałam czy to dobry pomysł. Jeśli Percy go skrzywdzi przeze mnie? Jednak to było nieuniknione. Jeśli nie zniszczymy go szybko to on zniszczy wszystko to co kochamy.
Stanęłam przed drzwiami domu Maksa i jego rodzeństwa. Westchnęłam i weszłam do środka.
-Raz kozie śmierć.. -powiedziałam szeptem sama do siebie.
Na korytarz wyszedł Aki.
-Jest Maks w domu?
-Matko.. dziewczyno wreszcie wróciłaś.. myślałem ze mój brat zgłupieje. Jest w waszym pokoju-pokazał na schody.
-Dzięki.-powiedziałam i ruszyłam w stronę schodów. On zerknął na mnie jeszcze i jego wzrok powędrował na mój już zaokrąglony brzuch.
Otworzył szerzej oczy.
-Kath..
-Tak.-powiedziałam i wbiegłam po schodach.

Uchyliłam drzwi do pokoju.
-Maks.-powiedziałam.
Stał przy oknie. Szybko sie odwrócił.
Podeszłam do niego i go przytuliłam. On po chwili także przytulił mnie.
-Tak sie martwiłem.-pocałował mnie w czoło.
-Nie potrzebnie. Wróciliśmy już.-powiedziałam.
-Wróciliśmy?-odsunął mnie od siebie ale tylko troszkę.
-Tak. Wróciliśmy. -dotknęłam brzucha.
On od razu zrozumiał. Pocałował mnie delikatnie.
-Będę tatusiem?
-Tak.-powiedziałam z uśmiechem.
Przytulił mnie.

***

Dwa dni później mieliśmy z Mattem już praktycznie wszystko zaplanowane. Właśnie Maks z rodzinką pojechał po coś. Nie chcieli powiedzieć po co. Podobno to niespodzianka.
Snułam sie więc po pustym domu kompletnie bez celu. Brzuch był coraz większy. Ciąża przebiegała już tak jakby trwała 4 miesiące.
Wlałam sobie do szklanki krwi. Umówiliśmy sie z Maksem ze przez okres trwania ciąży będę piła krew lecz zwierzęcą. Mattowi też zależało na tym bym sie karmiła bo wtedy byłam silniejsza. A jeśli o mnie chodzi w ogóle bym tego nie robiła gdyby nie dziecko.
A konkretnie córeczka. Cieszyłam sie bardzo z tego że zostanę matką.
Już miałam wypić tę krew kiedy usłyszałam za sobą kogoś lecz zanim zdążyłam sie odwrócić i zareagować ten ktoś powalił mnie na taboret stojący przy pianinie. Podduszał mnie.





Nie ważyłam sie nawet ruszyć.
-Percy chcę sie z tobą spotkać.
Teraz zrozumiałam. Wampir był wysłannikiem mojego wroga.
Rozluźnił trochę ucisk na mojej szyi tak bym mogła powiedzieć cokolwiek.
-Mam już inne plany.-wysyczałam.
Może to nie było odpowiednie w tej chwili ale nie miałam najmniejszej ochoty być miła.
-To je zmienisz.
-Przykro mi nie mogę.
-Albo stanie sie krzywda twojej córeczce-wysyczał mi do ucha po czym po prostu znikł.
Do domu wszedł Maks z rodzeństwem akurat wtedy kiedy sie podnosiłam. Podbiegł do mnie.
-Coś Ci sie stało?
-Nie. Wszystko jest dobrze.-skłamałam.
Musiałam spotkać sie jak najszybciej z Mattem.

środa, 23 grudnia 2015

Od Matta

  Wiedziałem, że ten typ chce czegoś ode mnie. A jeśli chce czegoś ode mnie to chce czegoś od Katherine. Musiałem ją znaleźć. Kath jest moją bliźniaczką, co wiąże się z tym, że jeżeli Szron chce mnie do czegoś przygotować, to znaczy, że Kath ma w tym tyle samo kłopotów co ja. A już wcześniej zniszczył mi i Katherine życie. Wolałem mieć ją jako sojusznika niż jako wroga, gdy grozi mnie i jej niebezpieczeństwo. Jeśli jej się coś stanie, mi także. Ale jeżeli Percy uczy w szkole Alaski i wie że jest ze mną i mnie zna... może ucierpieć najbardziej Ala.
  Wszedłem do domu a w środku zobaczyłem moich braci którzy zabawiali się z trzema młodymi dziewczynami. Rozumiem, pewnie to była albo kolacja albo obiad.
-Sorry chłopaki ale nie wiecie gdzie jest Kath? - spytałem.
  Michael oderwał się od jednej wpółmartwej dziewczyny i podszedł do mnie.
-Ojciec ją zamknął u siebie.
-Co?
-Jest w ciąży.
-Kath!?
  Wyszedłem z domu z uśmiechem na ustach. Wiedziałem, że kiedyś zdarzy się ten moment. Dziecko wampir jest zbyt niebezpieczne, na dodatek z hybrydą. Dziecko jest urocze ale i zabójcze. Dlatego od wieluset lat kiedy żyjemy nasza starsza część rodziny, pierwsze wampiry, władcy etc. zabijali małe dzieci. Ale my przeżyliśmy, bo jesteśmy czystej krwi i teoretycznie nie zagrażaliśmy nikomu aż osiagniemy odpowiedni wiek. Teraz Klaus jako nasz tatuś poczeka żeby Katherine nie uciekła, przemyśli to, czy zabić dziecko, czy może oddać je w ręce naszej ciotki - Evy. To jedno z jej imion, ale dla nas to prawdziwsze i wygodniejsze. Jeżeli ciotka uzna, że dziecko jest na wymarcie i że jest zbyt potężne, to je skaże na śmierć. Klaus wtedy się tym zajmie.
  Wszedłem do domu Klausa bez pukania. Było tu pełno jego wampirzych pomagierów z nadprzyrodzonymi mocami. Klaus potrzebował tych, którzy dysponują wyjątkowymi darami jak zabijanie bez dotknięcia palcem danej osoby. Po prostu - chcesz żeby osoba umarła, to patrzysz na nią, kontrolujesz poziom bólu jaki zadajesz, gdy wiesz, że chcesz, żeby osoba umarła to bum, jedno twoje postanowienie i osoba jest trupem.
  To są dary wyjątkowe które uznaje Starszyzna.
  Klausa nie było w środku. Wszedłem do pokoju Katherine i postanowiłem ją stąd zabrać. Wiadomo dlaczego Percy przyczepił się do Kath. Jest w ciąży, dziecku grozi śmierć w 90% a Jackson chce je zwinąć i odebrać moce. To jeden z pięciu wymarłych już (wybitych i wymordowanych przez mnie i moje rodzeństwo) braci. On jest ostatnim czarodziejem z trzema darami. Jest jak chodząca śmierć. Jak... posłanek śmierci. Nienawidzi mnie i mojej rodziny, chce nas wybić.
-Co tu robisz? - spytała wkurzona Kath.
-Percy Jackson się upomina o nas.
-Co? Nie możliwe, zabiłam go z Karolem gdy walczyliśmy pod Grobowcem Klausa.
-Wiem, ale jednak wrócił. - uśmiechnąłem się. - Musisz odegrać szopkę. I zapewniam, nic twojemu dziecku się nie stanie niezależnie od tego co ci zrobię, okej?
-Nie ufam ci. Co chcesz mi zrobić?! Odwal się!
-Chcesz stąd wyjść? To się zamknij i się mnie słuchaj. - odparłem.
  Wyprowadziłem ją z pokoju i straż od razu się mnie uczepiła.
-Chłopcy, bo skończy się to źle dla was...
  Do nas wyszedł Klaus. Cała straż wyszła.
-Matt, wynocha stąd. Nie mów, że jej pomagasz.
-Chce tylko dbać o swój tyłek. A ona mi w tym pomoże. Więc daj nam wyjść.
  Kath nie wiedziała co chcę robić. Milczała i była trochę zdenerwowana.
-Matt, wypieprzaj stąd albo cię nafaszeruję werbeną a twoja dziewczyna będzie cierpieć gorzej niż ktokolwiek by sobie pomyślał.
-Grozisz mnie i Alasce? Dobrze... - podniosłem rękę i w tym momencie jedna z włóczni która była przy zbroi rycerza przedziurawiła Katherine. A głównie jej brzuch.
  Klaus wpadł w szał. Kath była w szoku i nie mogła oddychać.
  Ja zachowałem spokój i opanowanie. Jak zwykle. Czułem, że mam władzę, że jestem silny itp. Bo byłem. Bardziej niż ktokolwiek. Ale pragnąłem więcej. Do tego potrzebowałem mojego rodzeństwa.
-Więc pożegnaj się z dzieckiem.
-MATT!!! ZABIJĘ TWOJĄ UKOCHANĄ PIEPRZONĄ ALASKĘ. WSZYSTKICH POZABIJAM I TY MI ZA TO ZAPŁACISZ!
-Ups, no widzisz... tylko, że ja tu mam największą moc z mojego rodzeństwa... i z waszej władczej starszyzny. - uśmiechnąłem się i teleportowałem mnie i Kath poza budynek do lasu.
  Wyjąłem z Kath włócznię i zaleczyłem ranę wraz z dzieckiem w środku. Wziąłem włócznię a ta zmieniła się w niewielki miecz. Kath zaszokowana patrzyła na mnie.
-Czy to jest ten miecz?!
-Owszem.
-Co z moim dzieckiem!?
-Żyje. Urodzi się teoretycznie normalne. Miało dużo mocy, a ja chciałem ją dla siebie. Potrzebna mi moc..
-Mało ci!? - krzyknęła.  - Masz jej dość by wybić pół świata! Po co zabierasz ją dziecku?!
-Bo wiem, że chcesz dla niego normalnego życia, a i tak grozi ci niebezpieczeństwo.
-Troszczysz się o siebie i nikogo więcej. Nawet o Alaskę.
-Słuchaj Katherine. Jesteś moją siostrą bliźniaczką. Percy chce mnie i ciebie, bo chce od nas wyssać moce. Ty też jesteś silna a razem jesteśmy silniejsi niż ktokolwiek. Potrzebuję cię do znalezienia go i po to, bym wyssał z niego moc. No i stał się tym... posłannikiem śmierci. Zajebista fucha, co nie? - zaśmiałem się.
-Dobra. Czuję, że będę tego żałować ale...
-Nie zdradzę cię ani ty mnie. Działamy na dobro własne ale nigdy nie robimy czegoś, co nas zabije. - przypomniałem naszą obietnice gdy składaliśmy sobie je w dzieciństwie, kiedy byliśmy niczego nieświadomi.
  Katherine również przypomniała sobie te czasy. Wiedziała, że mi nie można ufać, ale też że może mieć we mnie poparcie i gdy hybrydy nie obronią jej przed Jacksonem, zrobię to ja. Bo gdy ja zginę zginie ona, a gdy ona to ja też. Może nie umie mi ufać, ale może na mnie polegać w sprawach życia i śmierci. I ma świadomość, że nic jej nie zrobię, bo jest moją bliźniaczką. To upewnia ją w przekonaniu, że jest nietykalna przeze mnie i innych. Że ona jest jak moja druga połówka. I uwielbiam być sobą bo zawsze mam pomoc u Katherine, a to największe szczęście jakie mnie w życiu trafiło. Nie bez powodu w tamtych latach nazwano mnie i Kath jako najgorszych bliźniaków, które najwięcej zabiło, wymordowało pół państwa, byliśmy tak okrutni, że nikt nie mógł tego pojąć. Ja jestem z tego dumny... Kath nie. Ale i tak liczy się to, że mam ją tak jakby po swojej stronie i razem jakoś damy radę zabić Jacksona.

Od Alaski

  Z Adą mogłam zobaczyć się dzisiaj, co bardzo mnie ucieszyło. Ostatnio nie miałam zbytnio czasu na spotykanie się z kimkolwiek. Zaczęłam studiować medycynę, co nawet mnie kręciło.Ale nadal miałam wrażenie, że to nie jest to czego chcę. Nie wiedziałam w ogóle co robić w życiu, kim chcę zostać. Z Mattem nie miałam pojęcia kim chcę być, bo nie miałam pojęcia czy jest mój. Cały czas trzymam się tego, że należy tylko do mnie. Ale czasem boję się, że mogę się mylić. Może jednak... nie jestem... tylko jego?
  Siedziałam z Adą w parku na ławce i opowiadałam jej o tym, że zaczęłam studiować w Jefferson Park Academy, co ją nawet zdziwiło.
-Chciałam tam studiować, ale Sam mi nie pozwolił. Wiesz dlaczego? Bo roi się tam od tych zadufanych w sobie Wojowników.
-Wojowników?
-Tak nazywają tam ludzi którzy są z Brooklynu. Kasiaści rodzice, kasiaści młodzi którzy sobie pozwalają na wszystko, bo są bogatsi. Srają kasą, rozumiesz?
-No i to oznacza, że są gorsi?
-Nie, po prostu... ech, Alasko... Pierwszy dzień w szkole jest okay, ale zobaczysz co będzie za parę dni, tygodni, co dopiero miesięcy.
-Aż tak źle?
-Słuchaj, oni mają nawet osobne internaty, bo są z Brooklynu, bo mają kasę. Orzeł zawsze tam czuwa. Orzeł - dyrektor - jeśli miałaś okazję go poznać i pogadać, to lepiej się pilnuj. Wiem na temat tej szkoły tylko tyle ile wiedzieć powinnam. Nie radze ci tam iść. A jak z Mattem?
-Nie widziałam się z nim. Nie spędzamy razem wiele czasu. Mieszkam z mamą, on mieszka... w domu z braćmi. Miałam się do nich wprowadzić ale to zły pomysł... Nie ważne... Jak mieszkanie z Katherine?
-No zniknęła.
-Jak to, zniknęła?
-Po prostu! Nie wiemy co z nią jest, Maks został upewniony przez Kath że jest okay... ale nadal jest lekko podirytowany.
-Przecież skoro sama go upewniła nie powinien mieć wątpliwości. Przesadza...
-Oczywiście, ale wiesz... chyba pierwszy raz się tak zakochał... Chyba.
-Chyba?
-Nie rozmawiałam z nim nigdy na temat jego prywatnych sprawach miłosnych... Ciężko to opisać... u niego jest to troche trudniejsze. Jako hybryda, w tym wilkołak, trochę wpojenie działa na jego psychikę źle, bo gdy dłużej nie ma przy nim np. jego partnerki to w przypadku wilkołaka - ten zaczyna szaleć. Wiesz, wkręca sobie, a może odeszła i nigdy jej nie zobaczę? Może mnie zdradza? Może już mnie nie kocha? Ktoś ją zabił?! - to tak działa - co najlepsze, Maks jeszcze tak nie myśli. Może u niego to inaczej przebiega.
-Może z nim pogadasz?
-Ja? Oszalałaś. Wolę nie potrząsać tematu. Ta dziewczyna jest okay ale jej rodzinka nie. Nie chcę się w to mieszać, więc jest mi obojętna. Obchodzi mnie Maks, nie ona.
 
  Gdy byłam w szkole cały czas gapił się na lekcji nauczyciel, nowy, młody, nawet przystojny. Gdy nadeszła chwila wzięcia mnie na odstrzał do odpowiedzi... spojrzałam się na niego. Nie wiedziałam co mam robić, był przerażający, biła od niego zła aura, tak to mogę nazwać.
  Lekcja anatomii. Nie wróżyło to dobrze. Może i byłam z niej dobra pod względem myślenia i rozważania, kombinowania i szukania powodu, problemu czy jakiegokolwiek błędu, ale byłam zła jeśli chodzi o odpowiadanie na jakiekolwiek pytania z tej pieprzonej anatomii gdy patrzy się na mnie jeden z trzech najbardziej przerażających nauczycieli w szkole.
  Rozbierał mnie wzrokiem bądź tylko mi się tak wydawało, po prostu patrząc na niego widziałam tylko jedną myśl, co mi się nie za bardzo podobało.
-Jak po łacinie brzmi nazwa mięśnia napinacza podniebienia miękkiego, panno McCurly?
  Stres, stres i jeszcze raz stres. Jego spojrzenie - okropne. Jakby chciał wejść w moją duszę, ujrzeć jej głębię przez moje oczy i wiedzieć o mnie to, czego najbardziej pragnie. Spuściłam wzrok i ścisnęłam nerwowo długopis w dłoni powstrzymując zdenerwowanie.
-Nazwa mięśnia napinacza podniebienia miękkiego po łacinie to musculus tensor veli palatini... - wydusiłam z siebie wreszcie.
  Nauczyciel Jackson spuścił wzrok, a potem napisał na tablicy słowa po łacinie nazw różnych układów, chorób, które mamy umieć. Gdy zbierałam zeszyt z ławki i starałam się zrobić to najszybciej z pozostałych by wyjść, Jackson zatrzymał mnie i kazał na chwilę zostać. Gdy wszyscy wyszli stanęłam przed nim zdenerwowana i czekałam, aż coś powie.
-Jestem pod wrażeniem. - zaczął. - Tych nazw jeszcze nie mieliśmy.
-Uczę się na zapas. - odparłam szybko.
  Jackson uśmiechnął się i spojrzał na mnie mrużąc oczy.
-Alasko... Znasz zapewne... Matta Alexandra Salvatore.
  Zaszokowana spojrzałam na niego. Skąd wie jak się nazywa naprawdę?
-Tak... Coś przekazać...?
-Żeby się przygotował.
-Słuch...
-Do widzenia, Alasko. - uśmiechnął się, jego oczy przybrały kolor czarny i wyszedł z klasy.

  Weszłam do domu, rzuciłam klucze na stolik i zdjęłam kurtkę. Poczułam zapach naleśników i bitej śmietany. Weszłam do kuchni przestraszona, że ktoś tu jest.
  Przede mną stał Matt. Nie widziałam go już tydzień.
-Co tu robisz?
-Gotuję Ci obiad. - uśmiechnął się i podszedł do patelni pilnując naleśnika.
  Obok była gofrownica. Na czystych, białych talerzach zobaczyłam gofra, zrobionego wprost idealnie, jak mi się nigdy to nie udało. Truskawki, bita śmietana,maliny, jagody... to było to, czego najbardziej chciałam. To był wymarzony lekki obiad.
-Siadaj Ali. - odsunął mi krzesło i ludzkim tempem podszedł do patelni i elegancko i profesjonalnie naleśnik klapnął na talerzyku.
-Smacznego kochanie. - pocałował mnie w policzek a ja zaskoczona zaczęłam wsuwać.
-Nigdy... nie jadłam czegoś tak doskonałego. - mruknęłam przez zapchane usta. - Nawet w restauracji najlepszych kucharzy świata.
-Uczyłem się dwadzieścia lat we Francji. Kuchnia Hiszpańska, Grecka i Francuska opanowana bezbłędnie. Nikt nie oszuka idealnego kucharza jakim jestem ja.
-Uwielbiam twoje wysokie mniemanie o sobie. - uśmiechnęłam się.
  Zaśmiał się.
-Spytam jak twój ojciec, ale... jak tam w szkole? - spytał z uśmiechem obserwując jak jem jego doskonałości.
-Ehm... - odłożyłam widelec i spojrzałam na niego zdenerwowana. - Mam nauczyciela anatomii i fizjologii... który... cię zna.
-Jak to mnie zna? Chodziłem tam do szkoły, pewnie mnie kojarzą...
-Zna twoje prawdziwe imię i nazwisko, Matt.
-Co takiego? Może słyszał...
-Gdzie i skąd? Nikt nie zna twojego imienia.
-Jak wyglądał? Czego chciał?
-Młody... tajemniczy. Oczy robią mu się czarne. Całe... Mówił, że masz się przygotować...
-Kurwa.
-Co się dzieje? - spytałam.
-Powiedziałaś, że mnie znasz, tak?
-No... a czemu nie? Miałabym kłamać...?
-Kurwa,kurwa,kurwa. Nie pokazuj się w tej szkole. Rozumiesz?
-Ale... Matt...
-Trzymaj się blisko mnie. Albo nie. Nie,nie... Blisko hybryd. Dobra? Nie wierzę że to mówię... ale z nimi będziesz bezpieczniejsza niż ze mną.
-Kim on jest...?!
  Podszedł do mnie i złapał moją twarz w obie dłonie.
-Kocham Cię. Ale przy mnie zrobi ci najwięcej szkód.
  I zniknął.

wtorek, 22 grudnia 2015

Od Maksa

Wstałem rano. Kath nie było w pokoju wiec zszedłem na dół.
-Jest Kath?-zapytałem Sama
-Nie widziałem jej.-powiedział idąc z piwem do salonu.
Wiec w domu jej nie ma.
-Ada widziałaś dziś Kath?-zapytałem wchodząc do kuchni.
-Przykro mi ale nie.
-A ty gdzie sie wybierasz?
-Na zakupy z Alaską a wieczorem idziemy do klubu więc nie wrócę za wcześnie.-powiedziała biorąc torebkę i kluczyki po czym wyszła z domu.
-Ah te dziewczyny..-powiedział za mną Mark.
-Ehh... a ty widziałeś Katherine?-zapytałem zrezygnowany.
-Nie ale może do niej zadzwoń?
Wróciłem zrezygnowany do pokoju. Wziąłem telefon i wybrałem jej numer.
Był sygnał.
Jednak po chwili włączyła sie poczta. Zawsze odbierała.. coś sie musiało stać.


***Od Katherine***


Przenieśli mnie do mojego pokoju na piętro. Oczywiście wszystkie okna i drzwi zostały zaczarowane tak ze była w nich niewidzialna bariera przez którą tylko ja nie mogłam przejść ani osoba która nie była blisko z moim ojcem. Nie miałam co liczyć wiec na możliwość ucieczki a zaklęcia zdjąć też nie miałam, moja moc była za słaba w porównaniu z tą która została rzucona.
Klaus przyszedł do mnie.
-Jak się miewasz córeczko?
-A co cie to obchodzi?-burknęłam zła.
I wtedy usłyszałam dzwonek telefonu. To był mój dzwonek telefonu!
-Masz mój telefon?!
-Mam ale Ci go nie dam. jeszcze nie teraz. Jak zaczniesz współpracować..
-Kto dzwoni?
-Hmm..-wyjął telefon z kieszeni.
Szybko go przechwyciłam. Dzwonił Maks. Już miałam odebrać kiedy Klaus powiedział:
-Jak odbierzesz i twój rycerz ruszy na ratunek wszystkich ich zabijemy.
Wiedziałam ze był do tego zdolny.
-Mogę mu chociaż powiedzieć że nic mi nie jest?
-Tak.
Kiedy zadzwonił ponownie odebrałam.


***Od Maksa***

-Katherine gdzie jesteś?
-Wyszłam nad ranem. Muszę załatwi parę spraw kochanie. Wrócę niedługo. Parę dni może mi to zająć ale nie martw się. To nic takiego.
-No nie wiem..
-Nie martw się. Wrócę niedługo.
-Dobrze. To do zobaczenia niebawem. Czekam.
Rozłączyła się. Czułem jednak że to nie było nic takiego i coś sie stało. Lecz jeśli tak mówiła.. poczekam te parę dni.


***Od Katherine****

-Zadowolony?
-Bardzo.
Zabrał mi telefon i wyszedł.
Poszłam do łazienki.
Podwinęłam koszulkę i pogładziłam brzuch.





Byłam w ciąży jeden miesiąc jednak ciąża przebiegała bardzo szybko i teraz wyglądała jak na drugi miesiąc. Bałam się o dziecko. Nie chciałam by miało do czynienia z moja rodziną.
Nagle usłyszałam znajome mi głosy. Szedł Michael!
Szybko wyszłam z łazienki akurat kiedy wszedł do mojego pokoju.
-Witaj siostra.-powiedział i przytulił mnie.
-Co tu robisz?
-Tata zadzwonił i powiedział mi ze tu jesteś. Przeszedłem porozmawiać.
-O czym?
-O tym kiedy wrócisz do nas? Czy zamierzasz mieszkać z ojcem? Mówiłaś że nie zamierzasz mieć z nami do czynienia.. co nie powiem dotknęło nas.
Nie powiedział mu o ciąży. Ukrywa to.
-Nie wiem jeszcze..
-Wróć do nas. Tęsknimy. Tyle czasu sienie widzieliśmy.
Przytulił mnie.
-Spasły cie trochę te hybrydy-ostatnie słowo powiedział z odrazą.
No trochę przytyłam. Złapałam sie automatycznie za brzuch. Spojrzał sie na mnie dziwnie lecz szybko sie uśmiechnął.
-Cieszę się że jednak postanowiłaś chociaż w pewnym sensie zmienić zdanie. Mam nadzieje że hybrydy nic ci nie zrobiły złego.
-Nie no coś ty. Dobrze mnie traktują.. jak swoją.
Zobaczyłam ze uraziłam go tym. Uśmiechnęłam sie. Mimo wszystko jednak to był mój brat..
-Przepraszam. .nie  chciałam..
-Nie szkodzi. Muszę już iść..
-Pa.
Wyszedł a ja usiadłam na łóżku. Byłam głodna.

niedziela, 20 grudnia 2015

Od Maksa

***Od Katherine***


Mieszkałam u Maksa już od dwóch tygodni. Moje rodzeństwo jak na razie nie dawało o sobie znać. Wiedziałam dobrze ze nie było to dobrym znakiem. Czułam zę coś sie stanie. 
I jak zwykle moja intuicja mnie nie zawiodła. 
Dziś Maks z rodzeństwem pojechali coś załatwić a ja zostałam sama w domu. Zabrałam się za robienie obiadu. 
Właśnie kiedy odcedzałam makaron poczułam za mną czyjąś obecność. A raczej znajomą obecność. Odwróciłam sie powoli. 
-Czego chcesz? -zapytałam.
-Może milej byś sie do ojca odzywała?
Uniosłam jedna brew i zaplotłam ręce. 
-Przyszedłem po ciebie. Dosyć tej zabawy. 


-Nigdzie z tobą nie pójdę. I ja sienie bawię.
-Powiedziałem coś a ty jako moja córka masz sie mnie słuchać.-powiedział ostro.
-Bo co?
-Przekonasz się.
-Nie groź mi bo sie ciebie nie boję.
-Do zobaczenia.. niedługo.-powiedział wychodząc. 
Co to miało być? Pff też coś.. on chyba nie myślał ze z nim pójdę? 
Zrobiłam obiad ale tamci jeszcze nie wrócili więc postanowiłam sie przespacerować. 
Szłam chodnikiem w stronę centrum. Minęły mnie dwie biegnące dziewczyny. Ludzie maja szczęście. Mogą żyć normalnie. Większość jest niczego nie świadoma. Westchnęłam.
Nagle jedna z dziewczyn sie potknęła i upadła na chodnik. Jej koleżanka pomogła jej wstać. Miałam już sie zapytać czy nic sie nie stało kiedy poczułam to. Ten słodki metaliczny zapach zmieszany z zapachem ziemi. Stanęłam nie ruszając się. Nawet nie oddychałam. Ile to już czasu minęło odkąd ostatni raz sie karmiłam? To było od razu po przebudzeniu.. ale to był jeden jedyny raz a potem obiecałam sobie że więcej sie nie nakarmię. Żyłam w głodzie już jakieś cztery miesiące. A w dodatku teraz z tylko mi znanych przyczyn.. ten głód był silniejszy. Szybko odwróciłam sie na piecie i jak najszybciej trafiłam do domu. Dużo mnie to kosztowało. 
Zamknęłam za sobą drzwi. Oparłam sie o nie plecami i zamknęłam oczy. Musiałam uspokoić oddech. 
-Coś się stało?-usłyszałam głos Ady
Cholera wrócili! I jeszcze widzą mnie w tym stanie. 
-Nie nic.. Biegałam i nic.-powiedziałam z udawanym uśmiechem i szybko poszłam na górę do pokoju mojego i Maksa. 
Zrobiło mi sie niedobrze. Ledwo co zdążyłam do łazienki. Wampiry nie mają mdłości.. no ale w pewnej części jestem też czarownicą. 
Do pokoju wszedł Maks akurat jak wychodziłam z łazienki. 
-Coś sie stało?-zapytał i przytulił mnie.
-Nie tylko jakoś dziwnie sie czuje. Chyba będę chora.. Jestem w połowie czarownicą.. a one chorują wiec to nic dziwnego.
No dobra.. To było bardzo dziwne. Ani ja ani moi bracia nigdy nie chorowaliśmy. Zdrowie mamy po wampirach. 
-Połóż się a ja pójdę ci po coś do jedzenia.
-Załatw mi czekoladę. Mam ochotę na czekoladę.-powiedziałam.
-Dobrze moja droga. 
Wyszedł a ja położyłam się.. i nie doczekałam sie czekolady ponieważ zasnęłam. 

***

Obudziłam sie w nocy. Maks spał obok mnie. Czekolada leżała na nocnej szafce. Wstałam. Musiałam sie przejść. Koniecznie.
ubrałam sie i wyszłam z domu niezauważona. Każdy spał. 
Jako ze ten dom był umiejscowiony w lesie.. nie musiałam się obawiać ze spotkam tu teraz jakiegoś rannego, krwawiącego człowieka. 
Poszłam w głąb lasu. 
I to nie był dobry pomysł. W pewnym momencie wyczułam kogoś obecność. Odwróciłam sie i zobaczyłam jednego ze sługów Klausa. 
Zaatakował mnie. 
Odparłam atak i rzuciłam go na drzewo. Nadział sie na gałąź i teraz nie żył. Patrzyłam sie na niego zdezorientowana. I wtedy inny zaszedł mnie od tyłu. Odepchnął mnie daleko. Walnęłam plecami o drzewo na którym wisiał nabity wampir. 
Zakręciło mi sie w głowie jednak wstałam. Byłam zła. 
-Czego chcecie?-zapytałam.
-Idź ze mną.-powiedział.
-Nigdy.
Tym razem to ja go zaatakowałam jednak kiedy sie zbliżyłam i złapałam go za gardło wbił mi strzykawkę. Wstrzyknął mi werbenę. Osunęłam się na zimie puszczając go jednak on szybko mnie podniósł i teraz on trzymał mnie za szyję. 


-Ojciec nie mógł sie sam pofatygować-zapytałam po czym straciłam przytomność. 

***

Ocknęłam się w piwnicy. Poznałam ja od razu. Znajdowałam się w piwnicy pod domem w którym spędziłam dzieciństwo. Oczywiście to nie był ten sam dom w którym mieszkali moi bracia. Ojciec nie był głupi. Im by sienie spodobało to że ojciec napuścił na mnie swoich sługów by mnie unieszkodliwili a potem zamknięto w obskurnej piwnicy. 
Właśnie Klaus schodził na dół.
-Witaj kochana. Mówiłem ze sie niedługo zobaczymy.-powiedział z uśmiechem. 
-Czego chcesz? Nie dołączę znowu do rodziny! 
-Dlaczego? Istnieje jakiś inny powód niż to że cytuję "zmieniłaś się i już sie nie karmisz a twoja rodzina przynosi tylko pecha i otacza sie nieszczęściem i śmiercią?"
-Do czego zmierzasz?
-Odpowiedz. Czy istniej inny powód? I nie chodzi mi tu o to ze zaprzyjaźniłaś sie z tamtymi hybrydami. 
-Nie wiem o co ci chodzi. 
-Doprawdy? Mi sie jednak wydaje że wiesz. 
-Nie. Nie wiem do czego zmierzasz ale nie możesz mnie tu trzymać w nieskończoność. Uwolnię sie stąd a hybrydy niedługo zaczynom mnie szukać. Moim braciom też sie nie spodoba to ze mnie więzisz. 
-Twoi bracia nic nie zrobią. Szanują mnie i moje zdanie i mi sienie sprzeciwią. Są dobrymi dziećmi w porównaniu do ciebie córeczko. Wracając do tematu. Jest jakiś inny powód dlaczego chcesz uciec od rodziny? 
-Nie.
-A może nie chcesz mieć z nami do czynienia ponieważ boisz sie że zrobimy krzywdę dziecku.. ponieważ jesteś w ciąży? Nie bój się. Nie skrzywdził bym wnuka bądź wnuczki. A może to będą bliźniaki? W końcu tatuś hybryda ma brata bliźniaka a ty tak samo. Będę dumnym dziadkiem kochana. 
Zamilkłam.


środa, 16 grudnia 2015

Od Alaski


 Obudził mnie dotyk zimnej ręki Matta. Odsunęłam się od niego zła i chciałam wyjść z samochodu, zatrzymał mnie i przyciągnął do siebie.
-Przepraszam. - szepnął.
-Śmierdzisz papierosami. - powiedziałam poważnie a on uśmiechnął się.
-Kocham Cię.
-Masz koszulę od krwi...?
-Byłem po małe co nie co.
  Zaśmiałam się pod nosem.
-Zawsze będę cię kochać. - przytuliłam go.
-Wprowadź się do mnie.
-Na próbę.
-Zgoda.
-Zgoda.

  W domu nie odezwałam się do mamy tylko wpakowałam ważne rzeczy do kartonu. Usłyszałam jak mama idzie po schodach i zdenerwowana woła mnie żebym wyszła z pokoju.
  Zakleiłam ostatni skrawek taśmą klejącą i przewróciłam oczami.
-Przyjechałaś ze swoim chłopakiem?! Chcę go poznać!!
-Mamo, nie chcesz. - wstałam i otworzyłam drzwi wychodząc z pokoju.
-Co robisz? - wyjrzała za mnie do wnętrza pokoju.
-Pakuję się. Przeprowadzam się na próbę do Matta.
-Na próbę?
-Tak. Kocham go tak bardzo...! Mamo... Nigdy nikogo tak nie kochałam, rozumiesz? Jest cudowny... robi dla mnie wszystko.
-Na pewno nie wszystko...
-Uwierz. Wszystko.
-Jest człowiekiem?
-Nie.
-Wampirem...? - spytała poddenerwowana.
-W zasadzie... wampirem i czarodziejem.
  Mama zdębiała, jakby wiedziała o kogo mi chodzi.
-Kochanie... - zaczęła nerwowo.
-Mamo, ja wiem czego chcę, tak?! - powiedziałam drżącym głosem. - Wiem, że to niebezpieczne, wiem, że to może być nieodpowiedni typ dla mnie ale... do cholery, mamo... kocham go! Wiem, że chcesz mojego szczęścia, i wiedz, że jestem szczęśliwa właśnie z Mattem. Przeciągałam wasze spotkanie bo wiedziałam, że go poznasz. Matt... się zmienił...
-Jasne!
-Mamo, proszę. Wejdzie tu zabrać tą część moich rzeczy. Proszę cię, daj mu szansę się wykazać.
-Dobrze... Pożałuje tego. - machnęła ręką a ja przytuliłam ją.
-Kocham cię!
-Coś mi się wydaje, że jego bardziej. - wskazała na drzwi, gdzie właśnie zadzwonił dzwonek do drzwi.
-Gotowa? - spytałam szeptem choć wiedziałam, że całą rozmowę podsłuchał Matt.
-A mam inny wybór? - odparła głośno.
-Dobry wieczór.
-Ponownie się widzimy... - mruknęła. - Zabieraj jej rzeczy. Tylko ostrożnie...
-Mama nałożyła nowy lakier na drewniane schody, wiesz... panikara.
 
  Mama jakoś zniosła wizytę Matta ale wiedziałam, że nie chce tego powtarzać. Nienawidzą się, Matt i mama dobrze to ukrywali.
  W jego domu byliśmy sami i od razu skorzystaliśmy z sytuacji. Cieszyłam się, że mu wybaczyłam... że przyszedł do mnie... i wreszcie usłyszałam jak Michael mówi pierwsze słowa odkąd się poznaliśmy.
  Kochałam Matta. Bardzo.

Od Matta

  Wkurzony zaciągnąłem się porządnie, wstrzymałem dym w martwych płucach i wypuściłem powoli chmarę dymu patrząc się nienawistnie na Dana. Trzymałem w ręku telefon próbując się dodzwonić do Alaski. Jednak nic z tego.
  Wstałem i zgniotłem papierosa na podłodze. Pchnąłem Dana a ten uderzył plecami w ścianę. Unikałem jego ataków. Jako wampir przewidywałem ruchy, było to przydatne w walkach. Często to wykorzystywałem. Dan jest mieszanką wampira i wilkołaka, ja wampira i czarodzieja. Dwie najpotężniejsze rasy w jednym. Zawsze wykorzystywałem swoje moce do tych najsmaczniejszych i okrutniejszych celów. Nigdy nie zrobiłem dobrej rzeczy jak żyję.
  Dan był najstarszy. Miał tysiąc dwieście lat, a jak na człowieka to wyglądał na jakieś dwadzieścia cztery. Usadził mnie na kanapie i uspokoiliśmy się obaj.
-Jakim prawem łapiesz moją laskę za tyłek? - spytałem przez zęby opanowując gniew.
-Stary, to przypadkowo...
-Znam cię gnoju.
-Chciałem sprawdzić, czy tak ci na niej zależy. Na początku myślałem, że nie, ale, kurcze... rzeczywiście ty chyba ją... lubisz. - zaśmiał się.
  Westchnąłem wściekły.
-Muszę ja zobaczyć. Muszę przeprosić. - spojrzałem się na niego.
-To leć Romeo. - zaśmiał się Karol który pojawił się w salonie.
-Nie wiem gdzie jest.
-To ją znajdź.
-Nie jest głupia, wie, że szukałbym jej u niej w domu. Tam jest jej matka.
-I co z tego? - zaśmiali się chłopaki.
-To ta z czarownic która maczała palce z hybrydami w dniu rozpoczęcia się pięćsetlecia.
  Pięćsetlecie - nasza śpiączka. Od początku do końca tej piekielnej męki. Dławienia się wodą a potem piachem. Życie jak topielce, a potem jak mumie.
-O cholera... - zaklął Kaj.
-Powinieneś przemyśleć to, czy Alaska to odpowiednia osoba... - zaczął Michael.
-Nie jestem z jej matką tylko z Alaską. - odparowałem.
  Michael się zamknął.
-Jak to z nią jest? - wypuścił dym Dan patrząc się to na mnie to na ulatujący dym.
-W jakim sensie? - mruknąłem nadal wkurzony na brata.
-Jak jest z Alaską? Odczuwasz miłość? Tego nigdy nie było i nie będzie.
-Obudziłem się z wyłączonym człowieczeństwem i nadal mam je wyłączone. Tylko... ona... jak ją spotkałem kiedy przyjechałem do Wolftown... przypominała mi...
-Amelie Yanet Viktorię El'Hart? - przypomniał mi Dan. - Twoja dawna wkurwiająca żonka którą nasz tatuś ci wkręcił w 45? - parsknął śmiechem.
-Była piękna. Ale była głupią szmatą. Zabiłem ją po ślubie. Nie wyobrażasz sobie ulgi jaką odczułem. Alaska... jest zupełnie inna z charakteru... ale taka sama z wyglądu. Słyszałem jej delikatny głos, cudowny śmiech... chciałem z początku ją zabić. Posmakować jej intensywnego smaku krwi, który czuje każdy wampir i wilkołak w tym mieście. Ale pragnąłem jej inaczej, gdy ją poznałem... To jest tak... Nie mogę przestać o niej myśleć. - spojrzałem na niego.
-Jesteś chory?! - przyłożył mi dłoń do czoła. - Nigdy tak nie mówiłeś o żadnej swojej lasce. A miałeś ich miliony.
-To ta, którą chciałbym mieć do końca świata, rozumiesz?
-Chcesz ją zmienić? - spytał Kaj.
-Nie. Nie chcę. Gdy zrobię to ja... będzie bardziej podatna na krew, jej uczucia się nasilą.
-Ale wyobraź sobie jej ciało jako wampir... O cholera...!
-To fakt. Będzie jeszcze cudowniejsza niż jest... ale... nie chcę żeby przez sto lat przeżywała męczarnie. Będziemy musieli ją niańczyć, kogoś zabije i będzie wściekła na mnie, na nas i na siebie. Będzie chciała się zabić, bo zda sobie sprawę kim jest... będzie chciała zabijać ciągle, przez te sto lat będzie chciała ludzkiej krwi. I zadaje się z hybrydami. Nie przeżyje tego, że będzie musiała odejść na jakiś czas od nich. Rozumiesz... oni mają nasilony zapach krwi, a ona będzie chciała ich zabić. Nie da rady.
-I co? - spytał Karol. - Będzie seksy. A poza tym nienawidzisz hybryd więc niech ich zamorduje.
-Karolek, to moja dziewczyna, trzymaj się z dala bo obije ci mordę. Niestety, Alaska sie załamie gdy ich zabije.
-Ech... cały czas Alaska,Alaska,Alaska...Spokojnie chłopaki. - uspokoił nas Dan. - Dziś bal założyciela. Może twoja niunia tam będzie?
-Zabawimy się! - ucieszył się Kaj.
-Pomordujemy sobie kogoś. - wstałem i odłożyłem szklankę whisky na stolik.

  Ludzi było pełno. W całej tej spoconej, śmierdzącej sali pełnej spoconych i śmierdzących krwią ludzi była moja siostra i hybrydy. Więc oni także zobaczą co się będzie działo.
  Wszedłem ja, jako pierwszy. Uniosłem rękę w górę by cała reszta została boleśnie ogłuszona. Usłyszeli zapewne pisk, który dawał uczucie młotka uderzającego o głowę z niewyobrażalną siłą. Uśmiechnąłem się, gdy ludzie i hybrydy upadły. Kath jedyna stała, bo na nią nie utrzymywałem czaru. Kath ruszyła na mnie wściekła, zatrzymałem ją drugą ręką.
-Nie przerywaj. - westchnąłem do siostry. - Nie będziesz wchodzić nam w zabawę, my nie wejdziemy w twoje życie. No, tylko ten raz. Dobra. Zabieraj hybrydy i wynocha. Bo zmienię zdanie. - odparłem ostro a oni się zwinęli wraz z Alaską.
  Chłopaki mówili, że jej tu nie ma.
  Potem się z nimi policzę.
  Najpierw rozrywka. Michael ma przechwycić Alaskę gdyby ona się tu zjawiła niespodziewanie, więc powinna siedzieć w samochodzie.
  Uśmiechnąłem się do krzyczących z bólu ludzi którzy skulali się na ziemi jak dzieci.
-Nareszcie... w domu. - westchnąłem zadowolony i spojrzałem się na ludzi szukając apetycznej przekąski.
  Za mną wbiegli bracia. Rzucili się na ludzi i rozszarpali czterdziestu, reszcie wyczyściliśmy pamięć. Kolacja była przepyszna. Krwi było dość, byśmy najedli się na cały tydzień.
  Michael pewnie jakoś uśpił Alaskę by mógł przyjść się najeść.
-Posprzątajcie to... Ja muszę iść do Alaski. - machnąłem ręką i wyszedłem.

Od Alaski

  Siedziałam obok Matta. Nie wiem czy współczułam Kath. Może po prostu wyolbrzymiała? Tak jak chłopacy wyolbrzymiają to, że Katherine jest zła, okrutna i bezwzględna... a ja widzę, że to nie jest prawda.
-Alasko.. - mruknął Matt.
-Hmm?
-Może się tu wprowadzisz? - spytał Matt.
  Spojrzałam na niego lekko zaskoczona.
-No nie wiem...
-Daj spokój... Czego się boisz? - spytał Dan.
-Nie chodzi o to, że się boję. To wasz dom i pokój waszej siostry...
-Nie jest już naszą siostrą. - mruknął Dan.
-Nie mów tak. - odparłam.
-Moja droga Alasko... Kath to już nie nasza Kath. Jeśli jej się odwidzi to wróci. Poza tym pewnie nasz ojczulek nie da jej odejść. Była, jest i będzie jego oczkiem w głowie.
-Myślałam, że Klaus należy do tych z wyłączonymi uczuciami...
-Oczywiście, że ma je wyłączone. - parsknął Karol.
-To dlaczego tak mu ma zależeć?
-Bo jesteśmy następcami. Dlatego gdy coś spieprzymy nie mogą nas zabić. Nasza kochana rodzinka ma swoje zasady. - odparł Kaj. - Nigdy się nie zmienią. Więc my też nie. Łącznie z Kath.
-Jak już mówiłem wcześniej, Kath nie może zmienić się od tak. Wróci do siebie po kilkunastu, kilkuset latach.
-Dlaczego aż tyle? - spytałam ciekawa.
-Bo tak z nią jest. Zmienia swoje małe kochane serduszko raz po raz, ale zawsze ktoś na końcu obrywa. I to nie jesteśmy my, mimo tego, że nas nienawidzi to nigdy nas nie zniszczy.
-Gdyby was wpakowała do grobów?
-Ojciec byłby wściekły i zrobiłby interwencję z resztą starszyzny.
-Starszyzny, czyli wasza ''dalsza rodzina''?
-Dokładnie. - uśmiechnął się Kaj.
  Michael chyba należał do tych skrytych w sobie i nie za bardzo udzielających się. Może miał traumę po tamtej wtopie? Albo Kath nie chciała ich znać po tamtej wtopie? I jest zła na całą piątkę...?
-Nie ma problemu z wprowadzką. Ona tu nie wróci. Teraz. Jeśli będzie miała problem i nie będzie w stanie się z nim uporać sama przyjdzie do nas. - wyjaśnił Dan.
-Nie macie zamiaru jej pomóc? - spytałam.
-To już indywidualna sprawa. - zapalił papierosa i zaciągnął się. - Ja na przykład jej z przyjemnością pomogę. W sumie... z przyjemnością czy bez, to moja siostra. Mimo tego, że cała nasza piątka jest okrutna jak skurwysyn to i tak...
-Nie rozumiem was... - szepnęłam.
-Alasko, to wygląda tak: mimo tego, że jesteśmy przez nia w tym momencie skopani i wyrzuceni do śmieci, to i tak jej pomożemy. Jest naszą siostrą, jesteśmy rodzeństwem, jakby coś z górnej półki. Mają do nas szacunek, ale kiedy ktoś przegnie i zrobi coś jednemu z nas... cóż... wtedy ten ktoś ma przesrane. Bo nie zabijamy od razu. My niszczymy mu wszystko dookoła. Powoli, boleśnie... nie zabijamy tego kogoś od razu, tylko wyrywamy im ręce, nogi... przypalamy tradycyjnie ciało...
-Dość... - wstałam. - Przestań...
  Cała piątka się zaśmiała.
-Ty też? Bawi cię to? - spytałam Matta.
-Co w tym złego? - zaśmiał się i odpalił papierosa ze świeckim spokojem.
-To, że jesteście okrutni!
-Przecież to jest wiadome! - zaśmiał się Dan i złapał mnie za tyłek.
-Odpieprz się! - krzyknęłam na Dana i spojrzałam na Matta.
  Był zajęty piciem i zapalaniem drugiego papierosa.
-Chyba żartujesz.
-Co?
  Nic nie powiedziałam. Poszłam lasem do domu. Nawet za mną nie przybiegł. Niech spada. Skoro tak, to tak. Pieprzony kretyn.
  Umówiłam się z Adą. Dawno jej nie widziałam.
 
  Siedziałyśmy w kawiarni w mieście.
-Dziś kolejny bal Założyciela! - westchnęła podekscytowana. - Wiesz, nigdy nie przywiązywałam wagi do ubioru, ale powiem ci... teraz muszę się wystroić! Może kogoś poznam... czas najwyższy! A Ty? Idziesz?
-Nie wiem. Jak będzie Matt to mi się odechciewa.
-Pokłóciliście się?
-Jakis kretyn klepnął mnie w tyłek a on nic. Rozumiesz? Siedział naprzeciwko. Ja stałam, on sobie palił spokojnie drugą czy trzecią fajkę i pił whisky, a jakiś pieprzony kretyn mnie klepnął w dupę!
-Przecież mówiłam, wszyscy mówili, że to debil... Nic nie warty...
-Ada...
-Wiem,wiem, sorry. Tęskniłam za Tobą! Wiesz co się stało? Katherine się do nas wprowadza. Jezu, jak ja jej nie trawię...
-Wydaje się spoko...
-Jak każdy z całej tej przeklętej szóstki cudownego rodzeństwa. Są idealni, piękni... ale okrutni. Jak to po tatusiu.
-Wydaje mi się, że Kath się zmieniła...
-Jesteś taka łatwowierna... - zaśmiała się. - Ale mówię ci! Tyle przystojniaków na balu to ja nigdy nie widziałam! Ale wiesz, zgrywam niedostępną.
  Uśmiechnęłam się smutna.
-Ej, szczery uśmiech! Nie przejmuj się Mattem! No juz, uśmiechnij się mała.
  Szybko się uśmiechnęłam a Ada skrzywiła.
-To nie jest szczery uśmiech. - zaśmiała się a ja z nią.
-Przepraszam... Może... Chodźmy się wyszaleć?
-Chodźmy do mnie. Chłopaki za dwadzieścia minut będą w domu. Wieczór u mnie i imprezka?
-Pomyślę. - uśmiechnęłam się.
  Matt milion razy do mnie dzwonił ale nie odbierałam. Nie wie pewnie gdzie jestem. I dobrze. W rezerwacie nie może wejść on jak i cała jego rodzinka. Trzymam kciuki by do Kath nikt nie miał pretensji o to, że tam jest... oby się nikt nie dowiedział. Nie chcę wiedzieć, jaka jest kara za wkroczenie na zakazaną granicę.

Od Maksa

***Od Katherine***


-Będzie dobrze-powiedziała Al.-Jesteście w końcu rodziną.
-Alasko nie chcę Cię zniechęcać do nich.. Do Matta.. ale ja znam ich dłużej i lepiej. Mimo to, to twoje życie i będziesz robiła co chcesz. Ja wiem jedno.. jest pewne powiedzenie "z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu" idealnie do mojej pasuje.
-Może się zmienili tak ja ty?
Tylko się uśmiechnęłam i poszłam na górę. Wiedziałam co zrobić. A raczej wiedziałam czego nie mogę zrobić. Nie mogłam zostać tu ani chwili dłużej. Miałam w tym domu zamieszkać wraz z maksem ale nie gdy będą tu moi bracia.
Weszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam z szafy dwie ogromne walizki. Zaczęłam pakować do nich swoje rzeczy.
Trochę mi to zajęło.
Kiedy już wszystko miałam spakowane przypomniało mi sie że jednak coś zostało. Musiałam jeszcze iść na dół do salonu a inaczej bawialni po swoje książki.
Tak.. uwielbiałam książki. Czy to coś dziwnego?
Zeszłam na dół niezadowolona ponieważ moi bracia właśnie wrócili i siedzieli w salonie.
-Nasza kochana siostrzyczka chyba chce nas opuścić!-powiedział Dan do reszty.



-Jak zwykle nigdy nieomylny Dan.-powiedziałam sarkastycznie podchodząc do regału z książkami.
-Nie zostaniesz chociaż dziś z nami?-zapytał Karol.
-Mamy zamiar świętować to ze wreszcie jesteśmy wszyscy razem!-odparł Luke.
-Możecie beze mnie. Ja sie w to nie mieszam.
Spojrzałam na Alaskę. Siedziała wtulona w Matta.
Było mi jej szkoda. Nie widziała tego jacy oni są okrutni.
Kaj wstał i podszedł do mnie. Poprawił mi troskliwie włosy mówiąc
-Zostać z nami. Po tylu latach rozłąki nie powinniśmy sie rozłączać. Jesteśmy rodziną.



Pokręciłam głową.
-Przy was będę taka jak kiedyś a tego nie chcę. -powiedziałam.
-Przy nas będziesz sobą a nie tak jak przy hybrydach kiedy udajesz kogoś kim nie jesteś.
-Kocham was.. bo w końcu jesteście moim braćmi ale wy nie postępujecie dobrze. Zabijacie..
-Tacy już jesteśmy.
-Nie. Nie musicie tacy być. Ja nie karmię się już od dawna. Odkąd tylko sie obudziłam. Daję radę. Żyję.
-Co to za życie? Tak jakby zabrano Ci tlen. Nie rozumiesz? Jesteśmy wampirami.. musimy sie żywić. To nasza natura a natury nie oszukasz.
-Ja nie chce taka być. Dlatego nie mogę z wami zostać.
Minęłam Kaja i ruszyłam szybko na górę.
Skończyłam sie pakować i po godzinie zeszłam po schodach ciągnąc za sobą walizki.
-Dom jest wasz. Alasko oddaje Ci mój pokój. -powiedziałam i wyszłam.
Wpakowałam walizki do samochodu. W sumie to nie wiedziałam gdzie sie teraz podzieję ale na pewno dam sobie radę. Miałam dużo pieniędzy. Mogę kupić sobie nowy dom. Jednak czy w tym mieście? Skoro moje rodzeństwo tu sie zatrzymało oznacza to tylko jedno.. nasz ojciec też sie tu zjawi a to będzie oznaczało rozlew krwi. To miasteczko zostanie zniszczone. A ja co gorsza nic nie mogłam zrobić. Mogłam tylko pilnować by Maksowi i jego bliskim nic sie nie stało.
Byłam zdrajcą własnej rodziny. Byłam z naszym wrogiem.. a jego rodzeństwo wsadziło mnie i moich braci do grobów. Jednak wiedziałam ze robię słusznie.
I wiedziałam też że mimo wszystko Klaus nie da mi odejść tak po prostu.


*** Od Maksa***

Byłem akurat w kuchni i robiłem kolacje z moim rodzeństwem kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Poszedłem otworzyć. Byłem zaskoczony kiedy za nimi zobaczyłem Katherine.
-Witaj-pocałowałem ją- Coś sie stało? Jesteś roztrzęsiona.
-Maks słuchaj.. mogłabym sie u was zatrzymać na trochę?
-Oczywiście. Ale co sie stało?
Poszedłem po jej walizki. Nawet nie pytałem sie nikogo czy zgadza sie na to by Kath została. To też był mój dom.
Wniosłem jej walizki do domu.
-Moi bracia są w mieście. Wrócili do naszego domu.. bo to nie był tylko mój dom ale i ich. Twierdzą że sie zmienili.. Ale ja nie mogę mieszkać z nimi.
-Rozumiem. Zamieszkasz tu. Mamy jeden wolny pokój.
-Kath?-usłyszałem Ade.
-Słuchaj Ada.. Katherine u nas zamieszka. -powiedziałem.-Oboje będziemy tu mieszkać dopóki nie znajdę nam nowego domu. wyprowadzę sie wtedy z nią.
Minęliśmy zaskoczonych moich braci i siostrę i skierowaliśmy sie na górę.
Pokazałem Kath jej nowy pokój jednak ona zdecydowała się byśmy mieszkali w jednym pokoju. Zgodziłem się.
Mój pokój był duży a czym bliżej byłem Kath tym bardziej mogłem dbać o jej bezpieczeństwo.

Od Alaski

Poszłam na bal założycieli ze względu na naleganie Ady. Matt nadal siedział w więzieniu i dostał dożywocie. Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Wszystko leciało mi z rąk ze zdenerwowania i bezsilności. Nie mogłam mu pomóc wydostać się z więzienia a on gdyby chciał to by uciekł... z tego co wytłumaczył ma w tym konkretny cel. Nie wiem co planuje ale na pewno to nie jest nic dobrego. Nie obchodziło mnie to nawet. Chciałam go mieć przy sobie. Chciałam żeby wrócił DO MNIE. A nie pieprzył się ze swoimi chorymi racjami i planami.
  Źle czułam się na tym balu założyciela bez mojego Matta. Tak bardzo za nim tęskniłam... tak bardzo mi go brakowało...
  Dzień założyciela trwał więcej niż dzień... ale dziś prezydent miasta zarządził tydzień świętowania z okazji końca wojen i swoich urodzin. Prezydent Zachovski był jednym z tych grubych, kasiastych, zarumienionych od nadmiaru alkoholu i leków na serce starych mężczyzn pragnących szacunku i władzy ponad wszelką miarę. Był nawet okej, ale lubił mieszać się w nie swoje sprawy. A że lubił się bawić, stwierdził, że pierwszy raz od trzystu lat zrobi Tydzień Założyciela. Niektórzy byli zadowoleni, jedni nie - ja miałam to głęboko w nosie. Nic się nie liczyło. Nawet nie miałam możliwości rozmowy z Mattem. Nie wiem dlaczego. Wilkołaki pilnowały go zbyt dokładnie i nie mogły pozwolić na wtargnięcie kogokolwiek. Matt jest podejrzanym typem faceta któremu według wilkołaków nie można ufać. Ja ufam mu bezgranicznie.
  Ada nie rozumiała mojego cierpienia bo dla niej dobrze ze Matt trafił w ręce wilkołaków. Jednak słyszałam jak mówi do Akiego i Sama co wilkołaki z nim zrobią. Mają jakieś niepozałatwiane sprawy. To co usłyszałam, jak mogą go zamęczyć na śmierć... łzy pojawiły się w moich oczach razem z obrazem zmasakrowanego Matta związanego łańcuchami oblanych werbeną.
  Po balu i po drugim dniu Założyciela działy się dziwne rzeczy. Wilkołaki zaczęły być atakowane z ukrycia przez nie wiadomo kogo. Sprawę badał mój ojciec który zwrócił się o pomoc do hybryd. Moi przyjaciele zgodzili się pomóc, wilkołaki to także ich sprawa bo ta część rasy tez w nich jest.
  Nie wiedzieli kto to. Mój ojciec był o mnie zmartwiony. Byłam jego córeczką, bal się o mnie a moja matka jeszcze bardziej. Pytała się " gdzie twój facet w takim momencie? Chce go poznać... "
  Nadal nie poznała Matta. Wiedziałaby kim jest i do czego jest zdolny.
  Gdy ludzie spędzali czas na dworze gdzie był zamek założycieli, teraz mieszkał tam sam prezydent, czuli się wszyscy bezpieczniej. Liczne morderstwa, masakrowanie wilkołaków... to mi nie pasowało. Coś się działo i było ewidentnie nie tak.
  Gdy szłam do więzienia by dostać się do Matta chcąc wyjaśnić wszystko i wreszcie po miesiącu go zobaczyć... nie było go. Człowiek siedzący w budce powiedział ze został wypuszczony. Był jakiś dziwny, odpowiadał jak robot.
  Poszłam lasem. Nikt teraz nim nie chodził bo ludzie się bali. Ja jednak wiedziałam z czym mam do czynienia. Nagle zza drzew skoczył na mnie Matt. Zaskoczona spojrzałam na niego zapłakana i przytuliłam go.
-Matt! Jak...?! Jesteś tu... boże... Matt...
-Hej kochanie... - spojrzał na mnie czerwonymi oczami.
-Czemu masz czerwone oczy?
-Od krwi. - uśmiechnął się.
-Co? Piłeś ludzką krew?
-Tylko troszkę. - zaśmiał się. - wilczą.
-Ty Zabiłeś wilkołaki?!
-Nie sam. Pomogli mi moi cudowni towarzysze! - krzyknął. - Poznaj, kotku, moich pięciu wspaniałych braci!
-Kaj, Michael, Luke, Karol, Dan.
  Pięcioro mężczyzn stanęło naprzeciwko mnie i z krwawymi uśmiechami stanęli przede mną i Mattem. Lekko się przestraszyłam i schowałam się za moim ukochanym.
-A to jest Alaska. - powiedział Matt. - Nie do jedzenia. - zaznaczył.
-Luzik Macik.  Nie tkniemy twojego obiadku... yyy... skarbu. - powiedział Dan.
  Matt roześmiał się.
-A nasza siostra? Nie było jej w grobowcu naszej rodzinki. Stęskniłem się! - powiedział Karol.
-Obudziła się i flirtuje z Hybrydą.  - powiedział zniesmaczony Matt. - Ojciec jest wkurzony ale myślę że da jej wolna rękę.  Chociaż nasz tatuś jest nieprzewidywalny.
-Chce jej złożyć wizytę. - powiedział z uśmiechem Kaj.
-Ja się w to nie mieszam. Musze zadbać o Alaskę. W końcu... moi przyjaciele, dziś dzień założyciela. - zaśmiał się Matt.
-Idealnie się obudziliśmy. - westchnął Luke.
-Do zobaczenia później w naszym rodzinnym domku. - powiedzieli w tym samym czasie i zniknęli.
  No to teraz się zacznie. Mimo wszystko... liczy się tylko Matt. I nie jestem nim zaślepiona... kocham go.

  Zaprowadził mnie do domu w lesie który należał do jego i jego rodzeństwa. Spojrzał na dwie sukienki i buty rozwalone po pokoju. Westchnął i wprowadził mnie do środka za rękę.
-Moja siostrzyczka zdążyła się rozgościć.
-Czy twoja siostra to Katherine? - spytałam go. - Poznałam ją na balu założyciela.
-Tak. To ona.
-Wygląda na miłą...
-Ale taka nie jest. Słuchaj, spędziliśmy z nią tysiąc lat i to sporo czasu na poznanie kogoś. Moja siostra jest jako piąta jeśli chodzi o wiek w naszym rodzeństwie. Mimo tego że najmłodsza... znamy ją dobrze. Nie mamy co do niej złych zamiarów, jest naszą siostrą.  Ale i tak wiemy do czego jest zdolna. Mi ona jest obojętna ale rodzeństwo trzyma się razem.  Jeśli będzie potrzebowała pomocy to ja od nas otrzyma. Zawsze byliśmy razem. Moje rodzeństwo. Nigdy nie byliśmy osobno. Całe tysiąc lat tak było. No... osiemset. Potem wszyscy się rozeszli. Ja wolałem być sam. Gdy założyli Wolftown chcieliśmy je przejąć. Walczyliśmy sto następnych lat. Potem spieprzył sprawę Michael.  Jest najmłodszy. Zaraz po Kath. Zamiast walczyć i wykonać plan jak było mówione, zamordować tego śmiecia założyciela... wolał walczyć z Akim. Oni się nienawidzą najbardziej. Jak kot i pies. Nawet gorzej. Założyciel tez walczył ale wtedy był osłaniany. My mieliśmy oczyścić i zająć wroga który osłaniał Założyciela a on miał oderwać mu głowę.
-I wolał zabić Akiego?
-Nie zabić. Traktuje Akiego jak wroga ale bez wroga Mich nie umie żyć. Musi mieć głównego wroga którego będzie miał pod ręką i którego będzie chciał zabić. Nienawidzi go ale w jakimś stopniu go potrzebuje. To dziwne. Wiem. Ale tak to działa u Michaela. I spieprzył sprawę. Nas zaatakowano i przez Michaela zamknięto nas w naszym rodzinnym grobowcu w San Diego. Na szczęście wiedzieliśmy ze w dzień i przed dniem założyciela wszyscy się obudzą i znowu zacznie się walka o Wolftown. Nasi ojcowie mają zasady ale my jako ich dzieci możemy je łamać a oni tylko mogą nas wysłać do grobów. Klaus jest naszym ojcem. Całej szóstki. Ale nic nam nie zrobi. Jest jakby... symbolem wojny, bólu, cierpienia. Nasze rodzeństwo jest najgorszym w dziejach. Oczywiście jesteśmy z tego dumni. Nasza siostra wyrzekła się rodzinki i bajabongo, poszła w pizdu. Jednak nasz tatuś nie da jej odejść. Moi bracia tez nie. Umie się zmienić ale nie na dłuższy okres czasu. Potrwa to kilkaset lat ale nie dłużej.
-Czyli... Kath jest w końcu zła czy dobra?
-Tego nikt nie wie. Jedyna rzecz której o niej nie wiemy. Jest moją siostrą blizniaczką, powinienem wiedzieć o niej więcej. Jednak wiesz, mówi się, że jest ode mnie młodsza bo wygląda na młodszą. Jesteśmy podobni ale jednak nie do końca. -Katherine wydaje się miła. Złego słowa na razie nie mogę powiedzieć.
-Właśnie. Na razie. - pocałował mnie w czoło i pociągnął za rękę na górę do pokoju. - Tu jest mój pokój. Reszta pewnie pamięta swoje.
  Jego pokój był wielki. Ich dom na zewnątrz był stary ale ale środku odnowiony.
-Kto go remontował gdy wy spaliście?
-Ojciec. - zaśmiał się.
  Było tu łóżko.
-Wampiry nie śpią...
-Tylko te pierwotne wampiry mogą spać. - pocałował mnie w szyję.
  Gdy walnął mnie na łóżko usłyszeliśmy na dole jego braci i rozzłoszczoną siostrę. Zeszliśmy na dol rozdrażnieni ze nam przerwano.
-Dajcie mi spokój!
-To.tez nasz dom Katherine. - zaśmiał się Luke.
-Ale chcę mieć od was spokój! Chce normalne życie!
-nigdy go nie będziesz miała.
-Jesteście okropni!
-cóż za mile słowa dzięki. - powiedział Karol.
-Chłopaki... idziecie zapolowac? - spytałam.
-Ja chętnie. Może ludzie będą.
-Polecam tam nad wzgórzem. Często robią tam campingi. - powiedział Matt.
   Zniknęli. A ja z Mattem i Kath zostałam. -Jaki bałagan zrobili! - krzyknęła Kath.
-Może Ci pomogę? - spytałam podchodząc do niej.
-Alasko... - usłyszałam za sobą głos Matta.
-Nie jest groźna, Matt! - westchnęłam.
-Idę zapolowac. - zniknął z domu.
-Przepraszam za mój wybuch... po postu wiem ze potrafią zniszczyć życie.
-Może oni też się zmienili... - pomogłam jej sprzątać bałagan.
-Oni? Daj spokój.
-Może skoro ty nie wierzysz w ich przemianę to spójrz jak to wygląda z ich strony...
-Może masz rację... ale ja naprawdę chce się zmienić...
-To twoja rodzina. Nie uciekaj od nich tylko im pokaż ze jesteś silniejsza niż wampirzy głód i pociąg do zabijania.
-Może masz rację, Alasko...

wtorek, 15 grudnia 2015

Od Maksa

Alaska została uwolniona z zarzutów, Matt siedział w więzieniu a dzisiejszego wieczoru miałem przedstawić Kath moim bliskim. W sumie to oni ja znali.. no ale z innej strony. Znali starą Kath tą która została w grobie a ta z którą byłem i byłem szczęśliwy była dobra.
Całe to spotkanie miało się odbyć podczas tegorocznego balu z okazji założenia miasta. Przynajmniej moja rodzina nic nie odwali kiedy w około będą inni, zwykli, niczego nieświadomi ludzie.
-Kochanie.. nie wiem w co sie ubrać.-powiedziała i usiadła wzdychając na kanapie.
Byliśmy w garderobie w jej domu... no nie długo nie tylko jej domu ale to wyjaśnię potem.
-Masz pełno ślicznych sukienek a poza tym nie ważne co założysz.. i tak będziesz wyglądała najlepiej.
-Jesteś uroczy.-powiedziała i podeszła.
Pocałowała mnie po czym poszła w kierunku wieszaków z sukniami.
-Może ta?
-Która?-zapytałem podchodząc bliżej.
-Uszyła mi ją jedna z najlepszych pokrowcowych. Miałam założyć ją na bal do księcia Augusta lecz nie zdążyłam. Twoje rodzeństwo bowiem stwierdziło że nadszedł czas bym poszła spać. Myślę że nie wygląda tak strasznie i nie widać żeby była nie z tej epoki a poza tym.. W końcu każdy ma być ubrany w stylu który panował kiedy to miasteczko zostało założone. A to było tylko 57 lat po tym jak trafiłam do grobu. Zgadza się?
-Tak. Myślę że będzie idealna. Symbolizowała wydarzenie wojny miedzy moim rodzeństwem a twoim.. myślę że to idealny czas by ją założyć. W końcu dziś wojna sie zakończy.
Zadowolona zaczęła sie szykować. ja zrobiłem to samo.
Jednak nie mieliśmy jechać na bal razem. Chciałem przygotować rodzeństwo a poza tym należałem do rodziny założycieli (no w sumie to sam byłem założycielem ale jak wyjaśnić ludziom że grupa pseudo 20 latków założyła miasto która ma około 342 lat?.. także ten wątek jest trochę skomplikowany).



***

Na balu już po jego rozpoczęciu oczekiwałem Kath. Cały czas zerkałem w stronę drzwi. Ad i chłopaki sie niecierpliwili. Cały czas zadawali mi pytania kiedy ja poznają.
Wtedy zobaczyłem jak wchodzi, pełna gracji i stylu.

Wyglądała cudownie!! Jak prawdziwa księżniczka.. (choć w sumie.. Jak nie patrzeć jest córką pierwszych wampirów którzy władali resztą wampirów, to w sumie tak jak rodzina królewska). Suknia połyskiwała idealnie w świetle lamp. Jakby zdobiły ją miliony gwiazd. Włosy miała idealnie upięte na bok. Wyglądała idealnie. Była idealna.
-Przyszła.-powiedziałem tylko rodzeństwu i nie zastanawiając sie nawet czy usłyszeli poszedłem w stronę Katherine.
Dziewczyna zajmująca się płaszczami akurat wzięła jej. Podszedłem do niej i pocałowałem ja delikatnie by nie "ukraść" jej szminki z ust.
-Wyglądasz cudownie -wyszeptałem jej do ucha.
Wziąłem ją za rękę i poprowadziłem w stronę moich bliskich.
Kiedy tylko spojrzeli się na Katherine widziałem i wyczuwałem w nich złość, niepokój i nienawiść.
-Zachowajcie się nieodpowiednio a mnie już nigdy więcej nie zobaczycie.-powiedziałem do nich mentalnie.
-Witajcie.-powiedziała Katherina.
Chłopaki mimo iż byli wrogo do niej nastawieni zostali oczarowani jej wdziękiem i urokiem.
Ada wymusiła uśmiech.
-Witaj Katherine.-powiedziała.
Przynajmniej nie powiedziała nic złośliwego.
Zauważyłem idącą w naszą stronę Alaskę. Dobrze.. czas na przełamanie lodów.
Al też wyglądała ślicznie. Ale ja byłem za bardzo zauroczony Katherine by docenić wygląd innych panien.
-Hej.-powiedziałem do niej a ona nawet nie ukrywała zaskoczenia.-Chciałem przedstawić Ci moją dziewczyne. Katherine.
-Miło mi Ciebie poznać.-powiedziała Kath. -Maks opowiadał mi dużo o tobie.. o was.-powiedziała z uśmiechem.
Wyglądało na to że jednak ten bal wcale nie okaże sie błędem.



*** Od Katherine ***




Dużo kosztowało mnie by być miłym dla osób które mnie skrzywdziły jednak były to ważne osoby dla Maksa. Przed północą zobaczyłam GO. Akurat tańczyłam z Maksem kiedy poczułam na sobie JEGO wzrok.
Długo szukać GO w tłumie nie musiałam. Stał przy drzwiach. Nie odwrócił wzroku kiedy na niego spojrzałam. Czekał na mnie.
Byłam zła ale także i przerażona. Mimo to wiedziałam ze w końcu będę musiała mu zmierzyć czoła. Nie uciekłabym od tego.
-Maks muszę na chwilę gdzieś iść. Niedługo wrócę. Nie czekaj na mnie tylko baw sie dalej.
-Coś sie stało?-zapytał.
-Nie. Spokojnie. Nie odejdę daleko i niedługo wracam. -pocałowałam go w policzek uważając by nie zostawić na nim śladu szminki.
Wiedziałam że mi ufa i za mną nie pójdzie. I za to go kochałam.
Ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych ale już GO tam nie było. Wyszłam więc z budynku i tam go zobaczyłam. Pokręciłam głową zniesmaczona, zła i nadal lekko przerażona.
-Czego tu chcesz?-zapytałam oschle.
-Nie tym tonem moja droga mała Katherine.
-Nie jesteś moja? Ja kto? A czyż nie jesteś moją jedyną córką?-powiedział mój ojciec.
-Nie.
-Nie? ciekawe.
-Twoja córka umarła w grobie. Ja nie przyznaję się do tej rodziny. Jestem inna.
-Tak? A czyż nie ciągnie cię do twojej prawdziwej natury?
-Jestem inną osoba.
-Nie moja droga. Udajesz. JA to wiem, ty to wiesz.. i tamci niedługo też sie o tym dowiedzą. Moje dzieci nie udają. Ty też w końcu przestaniesz bawić sie w dobrą kochaną dziewczynkę tych hybryd.-powiedział oschle.
-Nie! Nie znasz mnie! Odejdź i nigdy więcej nie zakłócaj mojego spokoju.
-Tego pragniesz?-zapytał.
-Tak.
-Twoje serce uważa co innego. Łakniesz krwi. Nie dasz rady tak dłużej. Jeszcze się spotkamy moja mała Katherine. I bedzie to szybciej niż myślisz. Ale wtedy to ty przyjdziesz do mnie.
Znikł. A ja jeszcze trochę tak stałam po czym z udawanym uśmiechem wróciłam na salę. Martwiłam się.. Ojciec mnie znał lecz ja naprawdę starałam sie być teraz inną osoba. Chciałam być lepsza.

sobota, 12 grudnia 2015

Od Alaski

  Przyszłam z ojcem na kolejne przesłuchanie. Przez parę następnych dni Matt nie odzywał się do mnie. Do nikogo. Słuch po nim zaginął a ja zostałam ze wszystkim całkiem sama bez możliwości wyjścia z tej sytuacji.
-... jest pani skazana na dziesięć lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat. Dziękuję wszystkim za poświęcony czas. - ojciec spojrzał się na mnie, wstał.
  Zostawili mnie samą,  wiedziałam, że za szybą stoi moja matka. Ojciec poszedł do niej a ona krzyczała, że to niemożliwe. Wyczuwałam obecność wilkołaków,  nie wiem jakim cudem. Dwóch weszło do środka. Siedziałam na krześle cicho płacząc. Nagle wstalam, przewróciłam stół i krzesło poleciało w wilkołaka.
-Nie!!!!!! NIE!!!!!
Wilkołaki próbowały mnie uspokoić ale rzuciłam się na jednego.
  Oczywiście ze nic mu nie zrobiłam, przygwozdzil mnie do ściany i zakuł w kajdanki.
  Słyszałam za szyba głos mamy która powstrzymywała płacz.
-Ala!? ALASKO! Kochanie...!
  Ja jednak krzyczałam z bezsilności. Pragnęłam być szczęśliwa... z Mattem... ale on mnie zostawił.
  Zamknęli mnie w celi. Miałam godzinę na wyjście i pooddychaniem świeżym powietrzem. Gdy leżałam w nie wygodnym twardym łóżku wszedł do środka ochroniarz. Tak myślę... bo leżałam plecami. Nikt inny tu nie przychodził.
-Alasko, ktoś chce się z Tobą widzieć.
  Wstalam bez słowa i poszłam do sali widzeń. Za szybą siedział ktoś w kapturze,  nie mogłam zobaczyć jego twarzy. Usiadłam na krześle i spojrzałam na szybę, za którą ktoś siedział. Chwycił słuchawkę i przyłożył ją do ucha. Ja zrobiłam to samo. Miałam rozczochrane włosy i wygladalam jak ostanie nieszczęście.
  Milczałam. Osoba za szybą zaczęła mówić gdy tylko przyłożyłam do ucha słuchawkę.
-Alasko, wyciągnę cie stąd.
-Matt...? - Powiedziałam słabo.
  Przez więzienie traciłam świadomość.
-Obiecuje kochanie. Wybacz mi. Przepraszam...
-Zabiłeś Marry?
-Tak.
  Odłożyłam słuchawkę.
  Matt wskazał na nią spokojnie.
-Kocham Cię. Zawsze będę. Ale...
   Odłożył słuchawkę i wyszedł. Po pięciu minutach usłyszałam, że jestem wolna.
-Co się zmieniło?
-Alex przyznał się do winy.
-Co?! NIEEEE!!!!!!!! - upadłam zapłakana. -Matt... nie...! Błagam... CZEMU MI TO ZROBIŁEŚ?! NIE ZOSTAWIAJ MNIE! MATT! NIEEEE!!!
-Idziemy. - podniósł mnie ochroniarz i po chwili musiałam złożyć zeznania.

-Dlaczego ją zabił?
-Nie wiem...
-Skoro nie wiesz, to może odpowiesz nam na pytanie... jak myślisz, co znaleźliśmy w twoim telefonie? Jakie wiadomości?
-Nie wiem. - szepnęłam zapłakana.
- "Nie chce patrzeć na tę sukę. Chce żeby zginęła w piekle", to ty?
-I co z tego każdemu zdarza się mówić takie rzeczy?
-To mówiłaś zaledwie dzień przed jej śmiercią.
  Milczałam.
-Dlaczego ją zabił? -powtórzył pytanie inny detektyw.
-Zdradził mnie.
-Przespał się z Marry?
-Całowali się. Macali.
-I to uważasz za zdradę?
-A według pana to nie jest zdrada?
-Niczego takiego nie powiedziałem.
-To właśnie próbował pan posiedzieć.
  Cisza.
-Dobrze. Jest pani wolna.
-Juz to słyszałam przed tym jak mnie oskarżyliście.
-Jesteś wolna. - powtórzył.

  Po dziesięciu minutach była po mnie Ada swoim samochodem. Weszłam do środka i zapłakana przytuliłam się do niej.
-Co się stało?
-Matt się przyznał. Obiecał mi... ze mnie nie zostawi... a on się przyznał !!!
-To do niego nie podobne Alasko.
-Nie może mnie zostawić... nie może... - szepnęłam do siebie.

Od Maksa

Siedziałem w swoim pokoju i słuchałem muzyki wpatrując siew zdjęcie które dostałem od Kath kiedy nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Do pokoju wpadła Ada.
Wściekła wyłączyła muzykę i zaczęła krzyczeć.
-Mam cię dość! Co sie w ogóle z tobą dzieje?
Patrzyłem na nią zdziwiony.
-O co Ci chodzi?-zapytałem spokojnie.
-O co? O nie! Ty już dobrze wiesz o co!
-Jejku.. kiedyś przyprowadzę Kath-przewróciłem oczami.
-Nie o to mi chodzi!
-To o co?
-O Alaskę! Dzięki niej żyjesz ty jak i Aki!
-Zostaw ten temat. To moje życie.-powiedziałem teraz już zły.
-Co Ci się stało? Przyjaźniliście się!
-Właśnie. Przyjaźniliśmy się. Czas przeszły.
-Nie rozumiem cię..
-Nie mój problem.-powiedziałem podchodząc do okna.
-Może chociaż to Cie zainteresuje. Al jest podejrzana o morderstwo. Jest niewinna. Matt to zrobił a ona teraz obrywa.
-Ostrzegaliśmy ją.. nie raz jej mówiłaś jaki on jest. Teraz niech wypije piwo które naważyła. Gdyby posłuchała ostrzeżeń teraz nie miałaby kłopotów.-powie dziełem chłodno i wyszedłem z mojego pokoju.
Wsiadłem do samochodu i pojechałem do Kath. Przy niej zawsze czułem się lepiej.
-Co sie stało?-zapytała kiedy już wszedłem do jej nowo zakupionego mieszkania.
-Oj.. Ada znowu mnie zdenerwowała.
-O co tym razem?-zapytała z troską siadając mi na kolanach.
Ważyła tyle co nic. Nawet nie czułem że mam ją na kolanach.
-Czepia się że zerwałem kontakt z Alaską.
Kath zmrużyła oczy.
-Oj przyjaźniłem się z nią kiedyś.. w skrócie teraz kiedy już sie wybudziłem ze śpiączki trzymam sie od niej z daleka. Nie wiem czemu.. może przez jej nowego faceta.
-Zazdrosny jesteś?-zapytała z zadziornym uśmiechem.
-Nie.. ale on nie jest dobrym typem. On jest złą istotą. Jest synem pierwszych wampirów. Moje rodzeństwo kiedyś go przymknęło.. Spał ale niedawno musiał sie obudzić. Podawał się za Alexa... ale jego prawdziwe imię to Matt.
Kath wstała. Coś ją zmartwiło. Też wstałem i objąłem ją.
-Co sie stało?
-Muszę coś Ci powiedzieć... nie to że miałam zamiar Cię okłamywać.. ja po prostu chciałam zamknąć ten rozdział za sobą. Żyć tak jakbym chciała.. z daleka od przeszłości.
-Nie rozumiem.-powiedziałem mrużąc oczy i odsuwając się od niej o krok co ją chyba zraniło.
-Słuchaj... Matt to mój brat
-Jak to?!
-Jestem jego jedyną siostrą. Także spałam i niedawno sie obudziłam.. reszta moich braci jeszcze śpi z tego co mi wiadomo. Słuchaj.. ja już nie chce należeć do tej rodziny! Ja odsunęłam się od nich wszystkich. Chcę być lepsza. Nie chcę już być tamtą Katherine. Zmieniłam się. Nie mam nic wspólnego już z Mattem.
-Czemu mi o tym nie powiedziałaś?
-Bo ja chcę zapomnieć o tym kim byłam..



Spojrzałem sie jej w oczy. Mówiła szczerze. Przytuliłem ją.
-Mogę pomóc Alasce uporać się z moim bratem. Konkretnie w jaki kłopoty ja wpakował?
-Słuchaj to jej problem..
-Nie.. nie chcę by Matt krzywdził niewinnych.
-Wszyscy jej mówiliśmy jaki on jest.. nie słuchała to niech teraz wypije piwo które naważyła.
-Maks.. ja chcę stać sie lepsza.. pozwól mi.
-Wrobił ja w morderstwo.
-Nie sympatycznie.. Jednak mogłabym jej pomóc.
-Jak?
-Z moją pozycja wśród istot nadnaturalnych i majątkiem jakim władam oraz znajomościami mogę zrobić wszystko.
-Zaskakujesz mnie.. i przerażasz.-powiedziałem.
-To dobrze czy źle?-zapytała.
-Jeszcze nie wiem.
Przytuliłem ja i pocałowałem w czoło.
Byłem zły że ukrywała to kim jest jednak ja rozumiałem i w głębi serca cieszyłem się że nie przedstawiłem jej jeszcze moim bliskim. Oni by ja poznali.. i mogliby nie zrozumieć tego ze sie zmieniła.
Może to wyglądało tak samo jak sprawa Alaski i Matta bo on też twierdził ze sie zmienił.. ale po ni mego nie było nawet widać. A Katherine się szczerze starała. Ku temu nie miałem wątpliwości.


środa, 9 grudnia 2015

Od Alaski

  Minął tydzień, a od tego tygodnia zaczęło być źle między mną a Mattem. Można powiedzieć, że nie byliśmy już razem, a raczej ja to tak widziałam. Nienawidziłam go. Przepłakałam noc w objęciach zmęczonej ale trwającej przy mnie dzielnie Ady. Gdyby nie ona... na pewno bym sama nie dała rady wytrzymać cierpienia. Jednak nie pytała o szczegóły, chyba wiedziała, że nie chcę mówić o niczym co związane jest z Mattem. 
  Obudziłam się w swoim łóżku w swoim domu. Z Adą spotykałam się często, stała się dla mnie jak siostra. Włączyłam laptopa i cicho muzykę, najsmutniejszą jaką znalazłam w playliście. Ustawiłam laptopa na blacie kuchennym i zaczęłam sprzątać kubki. Byłam cała zapłakana, moje oczy były spuchnięte, już nawet nie miałam czym płakać. 
  Usłyszałam jak dzwoni mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz sprawdzić, kto dzwoni. Matt. Nie wiedziałam czy mam odebrać czy nie, ale automatycznie chwyciłam za telefon i przeciągnęłam zieloną słuchawkę. Przyłożyłam telefon do ucha i poczułam napływ gniewu zamiast tego cholernego smutku i bólu co kumulowało się i przeradzało we wściekłość. 
-Porozmawiajmy... - nigdy jeszcze nie słyszałam, żeby miał taki głos. - Proszę... Błagam. Ja Cię ciągle kocham... 
  Zacisnęłam zęby. 
-Nienawidzę cię. - powiedziałam łamliwym głosem. - Nienawidzę. 
-Ile razy mam Cię przepraszać? Naprawię to, przysięgam... powiedz tylko jak. Zrobię wszystko, co tylko chcesz... wybaczysz mi... obiecuje, nigdy cię nie zostawię. Kocham cię. Tylko co mam zrobić... 
-To koniec. Nienawidzę cię. Wracaj do tej pomponiary... 
-Ala, ja cię ciągle kocham... 
  Rozłączyłam się, a następnie dostałam milion smsów od niego typu ''Kocham Cię'', co pisał pod rząd 10 razy. Dzwonił, pisał... Nie wiedział gdzie jestem, bo byłam w domu u mamy w rezerwacie. Tam niestety, on nie ma wstępu. To terytorium wilkołaków. 
  Cisnęłam telefonem w bok. 
  Po chwili gdy smsy ucichły podczołgałam się kolanami zamiatając zabrudzone jasne panele i chwyciłam telefon do ręki, który, co prawda - jeszcze się dobrze trzymał - nawet się nie wyłączył. Spojrzałam na skrzynkę i przeczytałam trzydzieści wiadomości od niego. W końcu odważyłam się mu odpisać. Wściekłość nie równała się ze smutkiem. Zacisnęłam zęby i szybkim ruchem ścierając łzę z napuchniętych, zaróżowionych policzków napisałam smsa do Matta... 
   
   ''Zależy ci? Tak? To masz 24 godziny żeby się jej pozbyć.'' 

  Potem już nic nie odpisał. Ja wyłączyłam telefon i gryząc paznokcie ze zdenerwowania zadzwoniłam do Ady. Umówiłam się z nią wstępnie w kawiarni w mieście, ale ona musiała przyjść do mnie. Jest opiekuńcza, nawet za bardzo. Co w niej cenię. Jest dla mnie jak siostra/przyjaciółka/mama w jednym. 
-I jak? - spytała. - Jak się czujemy? 
  Spojrzałam na nią nie odpowiadając. Sama sobie odpowie na to pytanie. 
-Alasko, nie przejmuj się. Przecież mówiłam, że jest nic nie wartym parszywym gnojkiem. 
-Nie za ostro? - lekko się uśmiechnęłam wyglądając komicznie z napuchniętymi oczami i policzkami. 
  Ada roześmiała się. 
-Może kino? - spytała nagle.
-Chętnie. 

  Gdy wróciłam do domu mamy nie było. Całe dnie siedziała w pracy bądź z moim ojcem - nie wiem czy do siebie wrócili. Mama ma powodzenie u mężczyzn, z tego co wiem to nawet pewnie ma wielu na oku i nie może się zdecydować, ale jest tak niedostępna, że to dla niej zła teoria. 
  Rano zastała mnie niespodzianka. Do drzwi pukało dwóch policjantów - w zasadzie - jedna policjantka i jeden policjant. Miałam na sobie czarny cienki szlafrok. 
  Spojrzałam się na nich a oni na mnie jakby chcieli tu i teraz mnie zasypać pytaniami. 
-Dzień dobry, pani McCurly. 
-Dzień dobry. 
-Można? - spytała kobieta. 
-Oczywiście, proszę. - zrobiłam miejsce w przejściu. - Proszę chwilę poczekać... 
  Poszłam się choć trochę ogarnąć i nie stać na gaciach w szlafroku. Ubrałam czarną zapinaną bluzę i jakieś dresy. Upudrowałam się w dosłowne dziesięć sekund i szybko pomalowałam rzęsy - kolejne 10 sekund. Dwie minuty i byłam w sumie gotowa. Tylko te podkręcone włosy...
  Usiadłam na kanapie, ale oni woleli stać. 
-O co chodzi? - spytałam. 
-Zna pani Alexa Forrestera? - spytał mężczyzna. 
-Tak, byłam jego dziewczyną... 
-Chodzi o zabójstwo pewnej dziewczyny z twojej klasy. 
  Serce mi mocniej drgnęło. Zaszokowana patrzyłam na policjantów nie wiedząc zupełnie, co mam im powiedzieć w tej sytuacji. Wstałam i przechadzałam się nerwowo po pokoju. 
-Pojedzie z nami pani na komendę złożyć zeznania. - powiedziała kobieta. 
-Okay... - spojrzałam się na nią kiwając nerwowo głową. 
  Nawet nie mogłam pokazywać,że wiem o co chodzi. Jednak... musiałam mówić prawdę. W policji pracują ludzie - dlatego, żeby istoty o nadprzyrodzonych zdolnościach nie mogły czytać w myślach - musiało być uczciwie i nie zbyt prosto. Poza tym, wzbudzałoby to podejrzenia u ludzi. 
  Na komendzie był mój ojciec. Wiedzieli i nawet rozpoznali moje nazwisko z moim. Usiadłam z moim ojcem na krzesłach naprzeciwko trzech mężczyzn w pomieszczeniu typowych do przesłuchań oskarżonych bądź świadków, a nawet tych, którzy mieli coś bliżej wspólnego ze sprawą. Udawałam zupełnie rozluźnioną. Nawet mi to wychodziło. Mój ojciec musiał wiedzieć coś więcej, skoro nawet na korytarzu się do mnie nie odzywał... 
-A więc... Alasko. Odpowiesz nam na kilka pytań. Ale jeśli skłamiesz na pewno się dowiemy prawdy. 
  Kiwnęłam głową. 
-Znasz Alex'a Forrestera, zgadza się? 
-Byłam jego dziewczyną. - szepnęłam. - Znam go. 
-Czy wiedziałaś coś o śmierci Marry Tomphson? 
  Pokręciłam głową powstrzymując łzy.
-Twoja sytuacja jest nieciekawa, Alasko. Musisz odpowiadać normalnie i szczerze.
-A jak odpowiadam? - spojrzałam się na niego płacząc. - Przecież nie ja ją zabiłam. 
-Nasze śledztwo doszło do ciebie. Pokazało twoją osobę w złym świetle... jesteś na pierwszym miejscu jako podejrzana o morderstwo...
-A co z Matt... Alexem? 
-Zniknął. 
-Jak to zniknął? - szepnęłam łamiąc głos. 
-Słuchaj... Jeśli wiesz gdzie on jest, musisz nam powiedzieć. 
-Nic nie wiem... Nic... - płakałam. 
-Na razie jest wolna. - skinął głową do mojego ojca. 
-Muszę zadzwonić. - powiedziałam do taty i wyszłam nie słuchając jego nawoływania.
  Poszłam za ścianę kilkanaście kroków dalej. Zadzwoniłam do Matta. Nie odbierał. Trzecie połączenie, każdy sygnał nie został przerwany jego głosem. Zero odpowiedzi. 
  Zapłakana miałam ochotę wyć ze strachu przed całą sytuacją. 
  Kiedy zadzwoniłam później, tak samo nie odbierał. W TV mówili wszędzie o brutalnym morderstwie dziewczyny Marry Tomphson. Czułam się tak cholernie winna. Ale nie wiedziałam co się dzieje z Mattem, gdzie jest...

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy