poniedziałek, 30 listopada 2015

Od Maksa

Nie podobał mi się ten cały Alex. Nie wiem dlaczego wydawał mi się podejrzany. No bo po co on tak na prawdę tu przyjechał? Jako że my, hybrydy opiekujemy sie całym miastem.. musiałem go sprawdzić. A co jeśli to on morduje te niewinne osoby?
Przed 18 skończył zmianę. Ja też się postarałem do tego czasu wyrobić by być już wolnym. Szybko sie w szatni przebrałem i wsiadłem na swój motor. Pojechałem za nim.. ale nie jestem taki głupi.. skręciłem w drogę która prowadziła do mojego i moich przyjaciół domu. Zaparkowałem przed domem motor i przemieniłem się w wilka. Podążając tropem dotarłem do domu tego podejrzanego typa. I wtedy zobaczyłem go z Alaską. Ona sie z nim umówiła.. i to w dodatku u niego w domu. Trochę to zabawne. Dopiero co go poznała.. no chyba że znali się jeszcze przed jego przyjazdem tu.
Cieszyłem sie że jedna z zalet bycia hybrydą było to ze nie miałem zapachu charakterystycznego dla wampirów, wilkołaków czy czarownic. Inne istoty.. po prostu mnie nie wyczuwały. Tylko pod postacią wilka.. ale wtedy pachniałem dla nich po prostu.. jak wilk. Więc bezpiecznie mogłem się zbliżyć na skraj lasu. Zobaczyłem ich przez okno. On stał przy oknie. Podszedł do niej jednak po chwili wrócił do okna... i wtedy ona się na niego "rzuciła". Zawarczałem mimowolnie. Całowali się.. Nie chciałem tego oglądać. Stwierdziłem ze nic tu po mnie i po prostu wróciłem do swojego domu. Życie Alaski to nie mój problem.

***

W domu stwierdziłem że zrobie porządki. Najpierw zacząłem od mojego pokoju. Ze strychu przyniosłem puste pudła. Wkładałem w nie stare lub niepotrzebne rzeczy. Znalazłem mnustwo zdjęć. Byłem na nich ja i moi bliscy. Id dziecka przyjaźniłem się z resztą hybryd więc to logiczne że miałem z nimi troche zdjęć. Już wkladalem je do pudła kiedy mój wzrok natrafił na jedną z fotografi. Byłem na niej ja i jakaś dziewczyna. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie źe to Alaska. Nie pamiętałem kiedy i w jakiej sytuacji zostało to zdjęcie zrobione. Byliśmy na jim uśmiechnięci. Ale ja jej nigdy przedtem nie znałem! No bo niby jak? Ma ona siostre bliźniaczke która zaginęła? Nie no to raczej nie.
A jeśli tak? No oks ja miałem wypadek straciłem w nim pamięć ale ona by mnie pamiętała. Wstałe. I poszedłem do salonu. W drodze odwrociłem zdjęcie i przeczytałem na nim napis "Już za 2 tygodnie.. Odegraj dobrze swoją role Romeo~Al". Al.. Alaska?!
W salonie moi przyjaciele oglądali film. Wyłączyłem telewizor. Obużyli się.
-Co to jest?-zapytałem pokazując fotografie.
Nie musiałem miecnawet swoje daru by zauważyć że byli zaskoczeni i przerażeni.
-Możecie mi to wyjaśnić?
-Maks...-zaczeła Ad.
-Nie kłamcie. Znałem Alaske przed wypadkiem?
-Przed? Znasz ją teraz?-powiedział Eryk a reszta spojrzała sie na niego.
Wsypał ich. Aha.. Czyli kłamali.
-Ide. Nie śledzić mnie!
Wyszedłem z domu. Wsiadłem na motor. Ruszyłem. Jechałem bardzo szybko. Miałem nadzieje że Alaska byla już w domu. Na skrzyżowaniu... Nie zatrzymałem się. Jechałem bardzo szybko.. Byłem wściekły. Nie zauwazyłem jadącego samochodu..
Aska uderzyła prosto w bok mojego motoru przewalając go.. Poczułem ból w nodze którą zgniotła mi maszyna.. Kask uderzył w asfalt. Samochod wciągnął pod swojeprzednie koła połowe mojego motoru a w tym i część mnie. Zimno.. Ból który szybko znikł.. Ciemność..
Bycie hybrydą nie uchroni mnie przed śmiercią która nie wiem czy nie naszła...

niedziela, 29 listopada 2015

Od Alaski

  Po lekcjach wyszłam ze szkoły i skierowałam się do tego warsztatu, w którym wcześniej byłam z mamą. Ponadto, pracuje tam Maks, jeśli dobrze pamiętam. Może akurat pracuje?
  Gdy szłam chodnikiem przez słuchawki w radiu usłyszałam kolejny komunikat o zamordowanym siedmioletnim chłopcu w Wolftown. Masakra... to ktoś nienormalny, zatłukłabym. Niech tylko pokaże mi się na mojej drodze...
  Weszłam do warsztatu, od razu zobaczyłam jak Alex idealnie prezentuje się jako mechanik. Uśmiechnęłam się lekko, podeszłam do niego i obserwowałam w milczeniu jak majstruje coś w silniku. Podniósł wzrok i spojrzał prosto na mnie. Jego wyraz twarzy nic nie pokazywał.
-Hej. - odezwałam się. - Jak mój grat?
-Jeszcze żyje. To problem z silnikiem. Już działa jak powinien.
-To dobrze. - westchnęłam spięta.
  Nie mogłam patrzeć mu w oczy - przyciągał mnie tak bardzo, że...
-Przejdziemy się po osiemnastej.
-Oh... No... dobra.
-To nie było pytanie. - uśmiechnął się delikatnie nie patrząc na mnie.
  Wyszłam z warsztatu.
-Alaska? - usłyszałam głos Maksa.
-O, cześć. - uśmiechnęłam się do niego.
-Co tu robisz?
-Przyszłam do Alexa...
-Znasz tego typa?
-Jasne. - zaśmiałam się. - Coś z nim nie tak?
-Nie, nic. - zamilkł.
-No okej... Dziwne to trochę... w każdym razie... do zobaczenia.
-Śpieszysz się gdzieś?
-Nie. - zaśmiałam się.
  Spojrzałam zaraz na zegarek.
-Oh... straciłam poczucie czasu... jednak naprawdę muszę lecieć...
  Była 17:40. Poszłam do domu, zaniosłam torbę z książkami i od razu poszłam... nawet nie wiem gdzie się umówiliśmy...
  Szłam po lesie, był wieczór. Przechadzałam się tylko blisko Calver Creek, żebym czuła się bezpiecznie. Bałam się po prostu tego mordercy...
  Nagle poczułam, że ktoś za mną idzie. Stanęłam, ten ktoś też stanął. Odwróciłam się i o mało nie dostałam zawału.
-Alex...! Wystraszyłeś mnie.
  Milczał, uśmiechając się do mnie.
-Alex...?
-Przepraszam. - zaśmiał się. - Starałem się cię zaskoczyć.
-Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
-Nie trudno się domyślić.
-No tak... - zaśmiałam się.
-Może oddalimy się nieco od tego miejsca?
-Ehm... jasne. Tylko boję się, że zaatakuje nas ten morderca... boję się go, przyznaję...
-Nic ci nie grozi. - zaśmiał się pod nosem.
  Szliśmy przez las, a potem weszliśmy do niego, do mieszkania, było wcześnie, a na dworze zimno. Zdjęłam kurtkę a on powiesił ją na wieszak. Miał ładne mieszkanie... całkiem nowoczesne. Było tu czysto, jakby tu prawie nie mieszkał.
  Rozglądałam się.
-Coś do picia? - spytał nadal się tajemniczo uśmiechając.
-Nie, dziękuję.
  Stałam tak i oglądałam jego puchary z różnych dziedzin. Byłam pod wrażeniem. Wzięłam jeden do ręki i oglądałam go.
  Ale Alex stał niedaleko, przy oknie, oglądając palące się światła domków nieopodal.
  Czułam jego wzrok na sobie.
  Bałam się spojrzeć na niego.
  Jednak odważyłam się. Spojrzałam powoli, trzymając w ręce trofeum mistrza skoków do wody. Podszedł do mnie bliżej, musnął delikatnie moją szyję palcem. Skamieniałam.
  Czy tego chcę?
  Nie wiem, ale poczułam pożądanie tak ogromne, że chcę go mieć tu i teraz.
  Jednak przestał, ze śmiechem odsunął się ode mnie i podszedł znów do okna. Ale gdy spojrzał na mnie, to ja nie wytrzymałam. Rzuciłam się na niego.
  Po chwili zrozumiałam, że on na to czekał przez cały czas, a wiedział, że to właśnie jego pragnę.
  Był taki władczy... chciał, żebym była jego zabawką. A ja chciałam, żeby robił ze mną co chciał.
  Upadłam na łóżko, a on zbliżał się, całując mnie wszędzie.
  Potem zszedł niżej.
Działo się to, co... nie wiem, czy powinno się dziać... ale chciałam tego. Z nim. I nie wiem, czy ktokolwiek mógł się równać z Alexem... Pragnęłam go, a on mnie. Zaczęło mi się to wszystko podobać...

sobota, 28 listopada 2015

Od Alaski

  Gdy podjechaliśmy pod mój dom Maks spojrzał na mnie a ja oddałam mu kask. Tylko się uśmiechałam, a gdy cisza zaczęła mnie drażnić, miałam się już wycofać. Maks jednak zatrzymał mnie jednym ruchem dłoni ciągnąc mnie delikatnie za ramię.
-Następnym razem pomyśl, zanim pójdziesz sama do miasta.
  Zaśmiałam się.
-Dam sobie radę, zaręczam.
-Na sto procent?
-Nie. Na pięćdziesiąt.
-Czemu tylko połowa? - spytał ze śmiechem.
-Jestem skomplikowana, jak... jak enigma. Trudno ją rozszyfrować, gdy komuś się uda... staje się wielkim odkrywcą Marianem Rejewskim.
-Taka dziewczyna i tyle wie. - pokręcił głową. - Mam wrażenie, że kiedyś się widzieliśmy...
-Nie. Nie widzieliśmy. Ale... możemy mieć szansę na przyjaźń. - zmrużyłam oczy.
-Jesteś niezła w kontaktach między ludzkich. - zaśmiał się ponownie.
-A ty jesteś bardzo rozgadany.
-Nie jesteś taka jak inne dziewczyny.
-Czym się więc różnię od ''innych'' dziewczyn?
-Nie wiem. Gdy rozszyfruję enigmę i stanę się drugim Rejewskim na pewno się dowiem.
-Czekam więc na rozszyfrowanie mnie. Chodzisz do liceum Calven Creek?
-Nie,nie... ale chodziłem. Skończyłem rok temu.
-Ach... No tak. To ile masz lat?
-Dwadzieścia prawie.
-No, to może rozszyfrujesz mnie a potem okażesz się tym mordercą?
  Zaśmiał się.
-Tylko cicho, nikomu nie mów.
-Jasne, pomyślę.
  Zobaczyłam jak w środku domku zapala się światło. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak mama krząta się w kuchni.
-Powinnam lecieć.
-Jasne. Do zobaczenia.
  Skinęłam głową.
  Weszłam do domu,a mama nawet o nic nie pytała. Oparłam się o blat w kuchni i usiadłam na niego. Mama pacnęła mnie ścierką po tyłku na znak, że mam zejść. Zrobiłam więc tak.
-Nie pytasz... ehm... gdzie byłam...?
-W szkole.
-W mieście... mamo, mam lekcje do piętnastej, a jest właśnie osiemnasta dwadzieścia dwie...
-No widzisz, jak szybko czas leci? - spytała.
-Mamo, przyszłam tu po resztę rzeczy. Zaraz muszę wracać do Calven Creek...
-Rzeczy masz uszykowane. Ja muszę się zacząć pakować... a, i uważaj. Grasuje tu ten morderca. Straszne. Zabija dzieci młotkiem! Wyobrażasz to sobie? Skandal jak ja nie mogę!
-Tak... skandal...
-A ty co taka markotna?
-Masz humorki, mamo? - uśmiechnęłam się.
-Nie,nie... zaczął mi się okres...
-Ach, no fakt. - machnęłam ręką i poszłam po rzeczy.
-Weź mój samochód. Po mnie rano przyjeżdża Hubert.
-Dobra. Pa mamuś. - pocałowałam ją w policzek.

  Po drodze, oczywiście, ale na szczęście, mój samochód zepsuł się przy akademiku. Zadowolona ale i wkurzona nie rozumiejąc co się właściwie podziało, wyszłam z samochodu. Trzasnęłam drzwiami.
-Cholerne gówno! - krzyknęłam na puste, ciemne uliczki akademika.
  Nagle doznałam szoku i prawie serce wyskoczyło mi z piersi.
  Znikąd pojawił się przystojny student z Florydy. Uśmiechał się tak cudownie jak zawsze gdy go miałam szczęście spotkać. Był ubrany w ciemne jeansy, które na dole miały ściągacze, luźną, szarą koszulkę i na to troszkę za dużą rozpinaną,czarną, bluzę baseballówkę z napisem Calven Creek Academy, co wyglądało naprawdę cudownie.
-Coś nie tak? - odezwał się wreszcie.
  O Boże, odezwał się do mnie.
  Zaniemówiłam. To tak, jakbym była jakąś wielką fanką jakiegoś swojego idola, mając dwanaście lat, i właśnie zobaczyłabym go na własne oczy.
  Szok. Miał przepiękny głos.
-Ehm... wiesz... Nie wiem nawet co się stało... Po prostu stanął.
-No to w takim razie spróbuję go ruszyć, zanim Orzeł się zorientuje, że tu jestem.
  Orzeł - dyrektor. Sukinsyn. Zabija Wzrokiem Wiecznego Potępienia, jak to nazwała Sara.
  Wsiadłam z nim do swojego czarnego forda i czekałam na to, co powie mi pan zagadka.
-Alex. - powiedział majstrując przy stacyjce próbując odpalić tego grata.
-Ehm...
-Mam na imię Alex. - wyjaśnił szybko.
-Ach... Alaska...
  Uśmiechnął się delikatnie.
-Nie chciałbym zadawać oczywistego pytania, ale dlaczego A l a s k a? - zapytał.
-Zawsze w końcu się pojawia. W porządku, więc kiedy byłam dzieckiem, moja mama była trochę hippiską. Wiesz, nosiła wyciągnięte swetry, które sama wydziergała, paliła mnóstwo trawy i tak dalej. A mój tata był prawdziwym typem agenta FBI który miał fizia na punkcie zbrodniarzy itp, a kiedy się urodziłam, mama chciała mnie nazwać Harmony Springs McCurly, a tata chciał, żebym nazywała się Channel Frances McCurly. Zamiast więc dać mi na imię Harmony albo Channel, zgodzili się zostawić decyzję mnie. Kiedy byłam mała, nazywali mnie Channel. Znaczy, się nazywali mnie ''skarbie'' i tym podobnie, ale w formularzach szkolnych pisali Channel McCurly. Na moje siódme urodziny w prezencie pozwolili mi wybrać sobie imię. Ale jazda, co? Cały dzień szukałam na globusie taty naprawdę genialnego imienia. I tak mój pierwszy wybór padł na Czad, jak ten kraj w Afryce. Ale tata powiedział, że to imię dla chłopca, więc wybrałam Alaskę.
-Ale dlaczego Alaska? - spytał przerywając.
  Patrzył się na mnie swoimi piwnymi oczami szukając w moich odpowiedzi, unosząc prawy kącik ust w uśmiechu.
-No więc później dowiedziałam się, co to znaczy ta nazwa. Pochodzi od aleuckiego słowa Alyeska. Znaczy ''ta, o którą rozbijają się fale''.Ale wtedy po prostu zobaczyłam na górze globusa Alaskę. Była wielka - taka, jaka ja chciałabym być. I była cholernie daleko od Vine Station w Alabamie - tak jak chciałam być.
  Zaśmiał się.
-Niezwykła jesteś, doprawdy.
-Czasem jak się rozgadam.... przepraszam... - zawstydziłam się, nie wiem dlaczego.
-Pozwolisz, że zabiorę samochód do warsztatu? Pracuję tam, a chętnie zajmę się za d a r m o Twoim samochodem.
-Pewnie. Jutro o...?
-Szesnasta. - odparł i spojrzał na mnie tajemniczo.
-Do zobaczenia.
  Milczał. A potem odjechał moim fordem.
  W szkole Sara dopadła mnie a ja trzymałam się jej ramienia. Gadała i gadała a gdy przestała, bo zobaczyła Pułkownika - swojego Byłego/Obecnego Łamane Przez Nie Wiem. Zmierzyła go, a ja spojrzałam w inną stronę by Pułkownik nie zaczął mnie wypytywać o moją współlokatorkę. Szłyśmy przed siebie.Sara zdenerwowana na widok swojego Byłego/Obecnego Łamane Przez Nie Wiem, którego właśnie tak sama nazwałam, ruszyła w jego stronę. Syknęłam i pociągnęłam ją do siebie.
-Idziemy,idziemy.  - szepnęłam.
-Ale należy mu się!
-Za co? - spytałam przekrzywiając głowę.
-Za to, że zawsze stawia na swoim!
-O rany boskie... - zaśmiałam się i poszłam do stołówki gdzie byli wszyscy uczniowie.
  Przy stoliku z dwoma kumplami siedział Alex. Obserwował mnie cały czas nie odrywając ode mnie wzroku.
  Boże, rumienię się...?
  Boże, boże,boże,boże... Ja się rumienię!
  Schowałam twarz szybko za swoją książkę Moby Dicka i czekałam do dzwonka.
  NIE ŁAP KONTAKTU WZROKOWEGO ZE STUDENTEM...
  Choć wgapianie się w niego było tak kuszące.
  Stojąc przy nim miałam ochotę sie na niego rzucić.
  Jego idealnie zbudowane ciało, niczym jakiegoś młodego boga...
  Jego głos, jego oczy,  twarz, jego sposób mówienia, w jakim pokazuje wszystkim dookoła swoją bezgraniczną obojętność, ale za razem tajemniczość.

piątek, 27 listopada 2015

Od Maksa

Jako że pilnowaliśmy tego miasta.. i można powiedzieć że należało ono do nas (nie pod względem materialnym lecz terytorialnym jako istoty nadnaturalne) musieliśmy dbać o porządek.
Siedzieliśmy w domku w lesie. Taa... wraz z resztą moich bliskich zamieszkaliśmy już tu na stałe. W końcu za pół roku skończymy 20 lat. Jesteśmy w odpowiednim wieku by jeśli mamy na to możliwość wyprowadzić się od rodziców. Jako że dom był duży mieściliśmy się w sześcioro i nawet został jeden pokój gościnny.
Teraz siedzieliśmy w bawialni i rozmawialiśmy.
-Niepokoi mnie to. Nie możemy pozwolić by chodził wolny i mordował.
-Ale nie wiemy kto to.-powiedziałem.
-Myślicie że to istota nadnaturalna?-zapytał Eryk.
-Możliwe lecz może to być też tylko zwykły człowiek który ma nierówno pod sufitem. -powiedział Mark.
Nagle Ada wypuściła z ręki szklankę i oparła się o kanapę... Jej oczy zrobiły się całe białe. Sam szybko usiadł obok niej i wziął ja za rękę. My sie nie ruszaliśmy. Wiedzieliśmy ci się dzieje. Adrianna miała wizję.
-Nie.. Proszę.. Nie.. Ale.. Nie.. Jednak.. Nie.. Krew.. Aaaa!!!!... Nie chcę!... Proszę!.. Ratunku!... Pomocy!!!-trzęsła się.. widać było że się poci.. ruszała białymi jak śnieg oczami jakby patrzyła na coś co się bardzo szybko rusza- Krew.. wszędzie.. o matko!... nie... NIEWINNI!!!.. nie wszyscy... To on.. widzę go.. patrzy się.... o nie.. idzie.. idzie.. widzi mnie.. uśmiecha się.. sięga po coś.. nie!.. krew.. wszędzie..
Adrianna zamknęła oczy i osunęła sie w objęcia Sama nieprzytomna. Zasnęła.
-Co to było?-zapytał Mark przerażony.
Westchnąłem i mentalnie uspokoiłem wszystkich.
-Zaniosę ją do pokoju. Musi odpocząć. Ta wizja była wyczerpująca. -powiedział Sam biorąc na ręce siostrę.
Wszedł po schodach na górę.
-Idę się przejść.-powiedziałem.
Wyszedłem z domu. Założyłem kaptur i wsiadłem na swój nowy motocykl. Zatrzymałem się dopiero w mieście. Zaparkowałem na parkingu przy parku. Szedłem patrząc się na ludzi.



Adrianna widzi tylko tragedie. A więc kto następny?
Wtedy ją zobaczyłem. Szła chodnikiem. Uśmiechnąłem się.
-Hej.-powiedziałem.
-Znamy się?-zapytała zdziwiona.
-MAks.. mechanik z warsztatu. A ty to Alaska jak dobrze pamiętam?
-Aaa... rzeczywiście. Wybacz.
-Jak tam? Samochód dobrze działa?
-Tak.. mama nie narzeka.
-To dobrze. Co tu robisz sama?
-Em... wracam ze sklepu.
-Nie powinnaś sama chodzić o tej porze. Zaczyna robić się ciemno.
-Nic mi nie będzie.
-W okolicy grasuje seryjny morderca. Odwiozę cie do domu dobrze?
-A jaka mam pewność że ty nim nie jesteś?
-Stuprocentową.-uśmiechnąłem się.
-No nie wiem czy powinnam jechać z obcym chłopakiem..
-Znamy się już. to nasze drugie spotkanie. Jaki wiec obcy-powiedziałem.
-No w sumie..
Udało mi sie ja przekonać i teraz szliśmy w stronę motoru. Dałem jej swój kask a sam założyłem tylko kaptur. Ruszyłem ostrzegając ja by złapała sie mnie mocno by nie spadła..

Od Alaski

  W tym roku mama postanowiła ''wrócić'' na stare śmieci i zamieszkać tutaj, a ojciec spytał się mnie, gdzie wolałabym mieszkać. Oczywiście - źle jest wybierać między matką a ojcem, ale ostatecznie wybrałam mamę. Ojciec wyjechał zły, a mama wykupiła ten domek dla nas. Mieszkałyśmy w rezerwacie - a szkoła się zaczynała wielkimi krokami.
  Mama pragnęła, bym weszła do tej szkoły w rezerwacie jako ''pilna uczennica'' więc zrobiłam jak kazała. Należałam do tych niegrzecznych dziewczynek, ale teraz postanowiłam coś zmienić na ''grzeczną'' bo ''niegrzeczna'' wiąże się z różnymi kłopotami.
  W szkole w rezerwacie było więcej uczniów niż w przeciętnej, publicznej. Bo ta - jak się domyślam - jest prywatna. Nic dziwnego, przecież jest w rezerwacie.
  I moje marne siedemnaście lat odezwało się właśnie w tym dniu, bo pomylono mnie z dziewczyną, która ma dwadzieścia. Pomyłka może brzmieć niemożliwie absurdalnie koszmarnie, aczkolwiek nauczycielka zauważyła ten błąd w mgnieniu oka i wysłała mnie i, tą, jak jej tam... Sarą.
  Szkoła w rezerwacie nazywała się Calver Creek, ale to był tylko zespół szkół, czyli to było tylko marne liceum. A uniwerek był na Florydzie - stamtąd właśnie przybyło kilka przystojnych stażystów, co mnie bardzo, ale to bardzo ucieszyło.
  Siedząc w zapełnionej klasie, gdzie tylko miejsce obok mnie było wolne - tak, nie miałam tu zbyt dużo znajomych - ujrzałam jak do mojej sali, na lekcję j.angielskiego wchodzi przystojny blondyn. Był tak nieziemsko przystojny, tak tajemniczy, że zaintrygował mnie od razu swoim spojrzeniem, wysportowanym, acz nie zbyt masywnym ciałem i - tym delikatnym, prawie niezauważalnym uśmiechem na kącikach ust.
  Był obłędny. C u d o w n y. Nie wiem, czy jakiekolwiek słowa opiszą, jak bardzo mnie pociągał. Gdy spojrzał na mnie aż poczułam przyjemne dreszcze.
-A co pan tu robi? - odezwał się Stary.
  Stary był nauczycielem około sześćdziesiątki i był najupierdliwszą pierdołą w tej szkole - uczył religii, chemii, j.angielskiego, j.łacińskiego...
  Jedni nazywali go geniuszem, a jedni po prostu pierdołą.
-Nie wiem, jak mogę trafić do dyrektora tej szkoły, proszę pana.
  Biła od niego inteligencja, uprzejmość, że nawet Stary był zaskoczony. Uśmiechnał się pierwszy raz w swojej wieloletniej karierze pierdoły i podszedł do niego mówiąc mu, jak ma dojść i gdzie.
 -Dziękuję panu. Do widzenia. - uśmiechnął się cudownie tajemniczo, a potem zniknął za drzwiami.
 
  Na przerwie starałam się rozkminić jaki mam numer pokoju - tak, wybłagałam mamę by wracała do Huberta i ojca i jej miasta i naszego domu, którego jeszcze cudem nie sprzedała, a ja zostanę tu w internacie. Miałam pokój z niejaką Sarą. Zaniosłam tam rzeczy, a w pokoju było milion półek z książkami. No mój świat... moja bajka!
  Jeszcze filozoficzne, jakieś do myślenia - coś w końcu na poziomie, a nie, jak w każdej bibliotece, Harry Potter i ... 
  Gdy wyszłam z internatu w stronę miasta - bo lekcje dobiegły końca - weszłam do autobusu by być szybciej. Siedziałam na tylnym siedzeniu i włożyłam do ucha słuchawki. Nie muzykę - lecz radio.
- ... zabił już ośmioro dzieci i jedną kobietę. Ciosy zadawał młotkiem, zwykłym, najzwyklejszym młotkiem, proszę pana. Mieści się to panu w głowie?! Rodzice dzieci nie wiedzą co mają począć... głowy dzieci były tak roztrzaskane, że matki mdlały na ten okropny widok. Radzę mieć się na baczności, kto wieczorami chodzi po mieście, bądź w ogóle spaceruje po miastach. Morderca zabija wszędzie. Nie znamy jego wyglądu, ani jak się nazywa. Jest genialny pod tym względem, że robi to tak, abyśmy nic nie wiedzieli. A na dodatek wi....
  Wyłączyłam radio i ignorując dalsze informacje wyszłam z autobusu przed siebie.

środa, 25 listopada 2015

Od Alaski



 Zajechałam z mamą i moim bratem pod nasz wynajęty dom. Jeszcze Hubert musiał ładnie zaparkować i będziemy się witać z nowym miejscem na te wakacje. Myśleli, że śpię, bo zaczęli mówić szeptem, by mnie nie obudzić.
-Ten tu nadal jest? - odezwał się Hubert.
-Daj spokój. Dopóki jest w Wolftown spokojnie jak kiedyś, możemy tu być i nie zaczynaj od nowa tego wszystkiego co było.
-A czarownice?
-Przestań, Hubert. Wiesz, że to temat tabu u nas w rodzinie. Maks jak widać jej nie pamięta a Alaska jego, więc może się nie poznają na nowo. Twoja siostra to chodzący pech, więc nie wątpię, że sprowadzi na tą hybrydę znowu jakieś kłopoty, jeszcze na siebie je weźmie i dopiero będzie. Koniec tematu Hubert. Weź walizki.
  Mama wyszła z samochodu i ''obudziła'' mnie. Odpuściłam sobie dociekanie do ich rozmowy sprzed chwili. Są wakacje... nie będę robić sobie problemów. I rodzinie.
  Mama wzięła głęboki wdech, a tata wyszedł z domku i pomógł dźwigać walizki. Mama spojrzała na piękny widok domków letniskowych i pól, łąk i lasów rozciągających się po nawet koniec świata.
-Są huśtawki. Ekstra. - ucieszyła się mama a ja poczłapałam do naszego domku.
  Rozglądałam się bez słowa po nawet sporym domku i pięknym wnętrzu. Niby tak nie nawalone różnymi meblami, ale luksusowo w jakiś sposób. Nawet ładnie. N a w e t .
-I jak córcia? - spytał tata.
-Czadowo. - odparłam oglądając kuchnię. - Nawet w miarę czysto, co jest rzadkością w takich dziurach jak ta.
-Dziurą? Urodziłaś się tu.
-Przecież wiem. - wzruszyłam ramionami. - Tato, gdzie jest moja czapka kapitana?
-Wzięłaś ją? - zaśmiał się tata.
-Ty się nie śmiej, zaraz będę kapitanem i się policzymy. - powiedziałam bez emocjonalnie. - To w takim razie, gdzie moja torba?
-W przed pokoju. - odparł, rozpakowując picia i prowianty które mama napakowała.
  Pierwszy raz! Mama zawsze miała gdzieś gotowanie - to tata w naszej rodzinie pełnił rolę kucharza. Mama raczej wolała sprzątać i śpiewać przy tym bardzo głośno, jej hobby było i jest nadal - odstraszanie wszystkiego co żyje - swoim jakże cudownym ''anielskim'' głosem.
  Po prostu mama była jedną wielką wiochą, ale co prawda - uwielbiała to jak i modę. Mama ubierała się jakby przyjechała z Hollywood. Była moja wielką gwiazdą filmową, a tata robił za mojego osobistego super hiper bohatera w ''czerwonej pelerynie'' który zawsze mi pomoże.
   A Hubert? Ten to się nie liczy. Mały wkurzający gnojek - i tyle.
-Idę się przejść. Kapitan opuszcza pokład. - mruknęłam a mama nawet nie zdążyła nic powiedzieć.
  Odwróciłam się do niej, uśmiechnęłam, założyłam swój kapelusz i poszłam w drogę zwiedzić szlag od strony rezerwatu - tu właśnie znajdował się teren kempingowy/letni. Po tej stronie było ładnie, a do drugiej strony Wolftown mama i tata kazali mi nie wchodzić. Podobno jest tam niebezpiecznie.
  Słuchałam ich. Byłam ich kochaną córeczką. Akceptowałam rozwód rodziców, nawet nie dawali mi odczuć, że jednego z nich mi brakuje. Dawali z siebie dwieście procent.
  Uśmiechając się do mamy odwróciłam się powoli nie znając rezerwatu i poszłam zwiedzać.
  Może i dla rodziny byłam miła, uczynna, kochająca. Ale nikt nie mówi, że jestem ucieleśnieniem dobra i ''kochanego serduszka''. Moi rodzice uważają na mnie ze względu również takiego, że jestem bombą, którą oni wolą pilnować. Bo gdy wybuchnie pomysłami na spędzenie czasu... miasto może zapamiętać jej imię jak i nazwisko. Już pamiętają.
  Spójrzcie. Idą - Jenny i Tiffany - dwie zołzy, które nigdy w tej szkole mnie nie lubiły. Jak i z wzajemnością.
-Alaska...?! - zdziwiły się.
  Zaraz obok mężczyzna który wychodził z jednego z domków, które były na tej ulicy identycznie ustawione, spojrzał na mnie robiąc wielkie oczy. Ale nic nie powiedział. Gdy nasze spojrzenia się zetknęły wyczuł pewnie ten prąd ostrej Alaski McCurly, którą, swoją drogą, zna tutaj w Wolftown każdy.
-Channel, ty tutaj?! - zaśmiała się Jenny.
-To papierowe miasteczko przejmuje ja.
-Zawsze byłaś postrzelona. Wyjeżdżaj stąd. - syknęła Tiff.
  Uśmiechnęłam się.
  Włożyłam do uszu słuchawki poprawiając czapkę i włączyłam swoją ulubioną piosenkę.
-Żegnam. - mruknęłam i poszłam przed siebie z uśmiechem na ustach.

Od Maksa

Przyjechałem z samego rana do pracy. Kończyłem dziś samochód Pana Darka. Był to starszy właściciel. Akurat skończyłem kiedy przyszedł.
-Dzień dobry Maks. I jak tam mój staruszek?-zapytał Pan Darek.
-Dobrze się trzyma. Wymieniłem parę części jednak niech się Pan nie martwi.. wybrałem dobre i najtańsze by za dużo to wszystko Pana nie kosztowało.
-Złoty chłopach z ciebie Maks. Aż dziwne że masz już tyle lat i żadnej młodej panny nie masz u boku.-powiedział.
Podał mi rękę w podzięce za dobrą robotę i poszedł do szefa wykonać formalności.
Zabrałem się za sprzątanie miejsca pracy. Właśnie w tym momencie przed warsztatem zaparkował jakiś samochód. Wyjrzałem. Kierowcą była starsza kobieta a na miejscu pasażera siedziała młoda dziewczyna. Młodsza trochę ode mnie. Miałem dziwne uczucie. Jakby była mi znajoma lecz przecież to nie możliwy bo dam sobie nawet rękę uciąć że ją pierwszy raz widzę. A że znam wszystkich mieszkańców Wolftown.. myślę że albo sie wprowadziła, albo przyjechała do rodziny ewentualnie jest tylko przejazdem. Kobieta wysiadła i poszła do gabinetu szefa z którego właśnie wyszedł Pan Darek. Kiwnąłem mu głową a on sie uśmiechnął. Wycierając ręce ze smaru podszedłem do samochodu pewny siebie. Z uśmiechem zapukałem w szybę od miejsca pasażera gdzie siedziała ta dziewczyna. Uchyliła ją całkowicie.
-Hej. Jestem Maks. Jakiś problem z samochodem?-zapytałem.
-Mama poszła do.. właściciela.
-Tak wiem, widziałem. Pytam jednak ciebie.
-Nie wiem. Ja sie na tym nie znam.
-Jesteś tu nowa.. wybacz że zapytam ale mieszkam tu od urodzenia i znam wszystkich mieszkańców.
-Przyjechałam tu parę dni temu.
-Na stałe?
-Nie wiem..
-Nie powiedziałaś mi swojego imienia.
-Alaska jakiś problem?-usłyszałem za sobą kobiecy głos.
Oczywiście już wcześniej słyszałem kroki i wyczuwałem obecność mamy.. Alaski jak i mojego szefa.
-Nie mamo.-powiedziała dziewczyna z uśmiechem.
Odwróciłem się prostując się.
-Witam Panią.
-Spokojnie. To mój zaufany pracownik. Maks na pewno nie chce źle. -powiedział mój szef aby rozwiać obawy matki Alaski.
A tak poza tym.. niezwykłe umie..
-Maks zajmiesz się samochodem Pani McCurly. -powiedział mój szef.
Alaska wysiadła z samochodu z uśmiechem.
-Za trzy dni zgłosić sie po odbiór tak?-upewniła sie kobieta.
-Tak. Do zobaczenia.
Alaska z matką wyszły za bramę a po chwili podjechał jakiś inny samochód. Kierował jakiś chłopak. Spojrzał się na mnie a kiedy dziewczyny wsiadły odjechał.
Nie wiem czemu ale odniosłem wrażenie że matka Alaski.. nie lubi mnie.. Ale czemu? Nawet mnie nie zna... No ale nic.
Wziąłem od szefa kluczyki do samochodu i wjechałem do warsztatu. Szef wyjaśnił mi w czym jest problem z samochodem i wziąłem sie do roboty.

niedziela, 22 listopada 2015

Od Alaski

  Moje życie zmieniło się o 360 stopni. Byłam szczęśliwa, niczego mi nie brakowało. Moi rodzice poświęcali mi większość swojej uwagi, najbardziej tata mimo tego, że pracował w FBI. Nikt o tym nie wiedział, wolał to ukrywać.
-Wyjeżdżamy. - zażądała mama.
-Gdzie? - spytałam.
-Do takiej małej wioski. - odparł tata wchodząc do pokoju.
-Prowadzę. - powiedział mój brat.
-Po moim trupie młody.
-Przecież mam prawko...
-Ja prowadzę. - powiedział tata stanowczo.
-Wynajęłam tam dom. - powiedziała mama szukając walizek.
-Musimy przepłynąć trochę promem. - powiedział Hubert.
-Wiem, wiem. Lecicie się spakować.
 
  Staliśmy w kolejce na prom. Mama smarowała nogi kremem do opalania a mój brat wyglądał przez okno obserwując jak ochrona podchodzi do kierowców i przypuszcza ich otwierając szlaban.
-Po co oni tak sprawdzają kierowców? - spytałam.
-Sprawdzają czy nikt nie ma bomby albo coś. - odparł Hubert.
-Seri? Bezsens...
-Nie taki bezsens. Słyszałaś o Francji ostatnio? Teraz wszędzie pilnują. - westchnęła mama. - Pierwsza noga zrobiona...

  Podjechaliśmy do szlabanu. Podszedł do nas ochroniarz.
-Czy maja państwo materiały wybuchowe bądź toksyczne?
-Paprykarz szczeciński... - mruknął Hubert.
-Pytam poważnie. - powiedział ostro ochroniarz.
  Mama zaczęła się głośno śmiać, a ja schowałam się za jej fotel.

  Gdy zobaczyłam tablicę z napisem "Wolftown"... Poczułam, że tu juz byłam. Będzie fajnie. Na pewno.

sobota, 21 listopada 2015

Od Maksa

Jako że już ukończyłem szkołę średnią, zdałem maturę bardzo dobrze.. mogłem już szukać pracy albo iść dalej na studia. U nas w Wolftown nie było wyższych uczelni. Musiałem szukać gdzieś indziej co równało się z tym że musiałem opuścić rodzinę i przyjaciół. Każdy z moich bliskich (nie licząc rodziców) odradzał mi to.
-Zobacz.. My składamy papiery do szkoły wyższej dwa miasta dalej.. będziemy nadal mieszkać w Wolftown.. Nie możesz zrobić jak my?-zapytał Aki.
-Chciałbym wyjechać gdzieś..-powiedziałem.
-Ale tu jest nasz dom!-powiedziała Ad.
-Nie czuję sie już tu jak na swoim miejscu.-powiedziałem.
Wreszcie to im wyjawiłem. Odkąd obudziłem się ze śpiączki.. nie czułem już że tu pasuję.
-Słuchaj.. to miasto jest nasze. Wampiry i wilkołaki oddały go nam a czarownice znikły. -powiedział Sam.-Mamy obowiązek opiekować sie nim.
-Nie uważacie że jest to wszystko podejrzane? Tak z dnia na dzień po wieloletnich walkach oddali nam miasto.. tak po prostu?
Każdy zamilkł. Miałem dziwne uczucie że o czymś nie wiem.
-Ja tam uważam że to dobry znak.. że nic złego jednak sie nie wydarzy.-powiedział Eryk.
-Ja składam papiery na studia medyczne, Sam na wojskowe wraz z Erykiem a Mark będzie studiował literaturę.. Dla ciebie też coś się znajdzie.. to co lubisz.
-Ja chcę znaleźć swoje miejsce.
-Tu jest ono. Przy nas... w twoim mieście. -powiedziała Adrianna.
-Przecież nie wyjadę na zawsze.. wrócę.-powiedziałem.
-Proszę.. zostań.-powiedziała Ad ze łzami w oczach.
Przytuliłem ją.
Mi też było ciężko z myślą że wyjadę.. ale musiałem znaleźć swoje miejsce..


***


Wszystko jednak się pozmieniało. Nie wyjechałem a minął miesiąc. Aki i reszta studiowali a ja... ja pracowałem w warsztacie. Kiedy tam byłem i pracowałem.. czułem się.. no trochę lepiej. Gorzej było kiedy musiałem wracać do domu. Czułem się strasznie samotny. Nie wiem dlaczego. A kiedy już byłem sam w swoim pokoju.. myśli nie dawały mi spokoju.. i jeszcze to dziwne wrażenie utraty czegoś.. O co chodzi? Czy to efekt.. wypadku? Jakiś uraz? Czasami się zastanawiałem czy nie byłoby lepiej gdybym się nie obudził.. tylko był w śpiączce aż kiedy moje ciało umarło.. ale... gdybym ja umarł umarłby i Aki.. a tego nie chciałem.

piątek, 20 listopada 2015

Od Alaski

  Stałam z tatą przed budką, w której muszę zbić kaczki strzelając w nie z mini pistoletu. Tata na początku wygrywał, ale potem sam dał się podejść. Zarządałam rewanżu. Teraz juz mając w pamięci to, jak ojciec strzelał sama śmigałam z celnymi strzałami.
  Wygrałam misia, dałam go tacie.
-Proszę, prezent dla przegranych. - uśmiechnęłam się.
  Tata niechętnie złapał misia w dłoń.
-W każdą inną grę cie ograłem, Córeczko. - rozchmurzył się tym faktem.
-Możliwe. - pocałowałam go w policzek. -O! Chodźmy się pozderzać samochodami!
   Wskazałam na naszą ostatnią na dziś atrakcję. Poszłam z tatą  w wybrane przeze mnie tym razem miejsce. Z tatą na przemian wybieralismy dwa razy, każde z nas, gdzie mamy spędzać dany odcinek czasu.
  Wsiadłam do pierwszego samochodzika w którym ledwo co się mieściłam - były przecież dla dzieci. Tata tez ledwo co, należy do tych wysportowanych mężczyzn, nie ma co się dziwić.
-Cześć Alasko. - usłyszałam głos Tymona,  syna uroczej blondynki która obok siebie miała bliźniaków.
  Jej dzieci pomachały mi.
-Hej! - zatrzymałam samochodzik i wyszłam do nich.
  Tata zaraz za mną.
-Dzień dobry. - powiedziała pani Alexandra.
-Cześć. - uśmiechnął się tata.
  Nie chciał się z nikim wiązać po mamie, ale myślę, że potrzebuje kogoś nowego so bycia szczęśliwym....
-Może pójdziecie z nami na obiad w mieście? - spytałam.
-Ooo nie wiem... nie chce się wpraszać, poza tym... te dwa chuligany to prawdziwe diabełki...
-Proszę! - uśmiechnęłam się szerzej. - Dogadam się z nimi na pewno. Obok jest plac zabaw. Chłopcy się pobawią jak zjemy, ja ich popilnuje.
-Dobry pomysł. - odparł tata gdy dźgnęłam go w bok.
-No... to chodźmy.

  Zajęłam się chłopcami. Wiele było z nimi problemów.... podziwiam Alexandre ze ma tyle cierpliwości i wyczucia do tych siedmioletnich bliźniaków. Po miłym popołudniu wieczór spędziłam z mamą przy popcornie oglądając komedie romantyczne i filmy akcji. Wraz z wakacjami zaczęło się lenistwo...

czwartek, 19 listopada 2015

Od Maksa

Pustka. Coś brakuje lecz nie wiadomo co.
Jechałem na motorze z Akim. On kierował. Wracalośmy do domu. Podobno dawno mnie w nim nie było. Ale dlaczego? Co się stało? Dodatkowo jeszcze Aki mi powiedział że rodzice nie wiedzą o wypadku. Co się stało ja się pytam? Zawsze.. Inaczej się zachowywałem. Nigdy nie znikałem z domu.
Kiedy tylko zaparkowaliśmy i już szliszmy w strone domu mama wybieła z niego. Przytuliła mnie i Akiego.
-Maks gdzieś ty się podziewał?!-powiedziała ze łzami w oczach-Byłam na policji... Chciałam zgłosić zaginięcie ale nie chcieli przyjaść powiadomienia bo jesteś pełnoletni! Wiesz jak się martwiłam?!
-Przepraszam mamo.. To się nie powtórzy.
Spojrzałem się na Akiego kiedy szliśmy do domu.
-Gdzie tata?-zapytałem.
-Od kiedy zaginąłeś załamany poświęcił soę całkowicie pracy. Pojechał w delegacje... Maks gdzie ty byłeś tyle czasu?
-Wyjechałem.. Musiałem mamo ale już nigdy nie zniknę bez słowa-powiedziałem całując ją w policzek.
Gosposia podała obiad do stołu. Jedliśmy. Mama cały czas pilnowała mnie wzrokiem.. Tak jakbym miał znowu zniknąć.
-Sporo sie Maks pozmieniało w Wolftown. Pare rodzin się wyprowadziło. W tym ta twoja koleżanka z którą grałeś sztukę.
-Co?-zdziwiłem się.
O kim i o czym ona mówi?!
-Maks choćmy do pokoju-powiedział szybko Aki.
W moim pokoju od razu go zaatakowałem pytaniami.
-O co chodziło mamie?
-Nie wiem o co ci chodzi..
-Aki.. Wiem kiedy kłamiesz.
-Ale na prawde... Ehh.. Jestem zmęczony a musze jeszcze jechać do Sama. Odpoczywaj.
Wyszedł a ja wziąłem gorącą kąpiel. Wtedy zobaczyłem bliznę na brzuchu. Była tylko jedna. I nie wyglądała na bliznę po wypadku a jak.. Po kuli. Ktoś do mnie strzelił? Ale kiedy? Co tu jest grane? Czy ja o czymś nie wiem?
I ta dziwna pustka... Jakbym utracić coś. Albo kogoś? Hmmm...

Od Alaski

  Zeszłam na dół gdzie czekał na mnie tata. Mama z nim rozmawiała na temat polityki, jej ulubiona kategoria do rozmów, a tata udawał ze nie słyszy czekając na to, aż go uratuję.  Hubert leżał rozwalony na kanapie, oglądał mecz koszykówki.
  Dopiero gdy pojawiłam się w drzwiach kuchni tata uśmiechnął się do mnie szczęśliwy, że mnie widzi.
-Cześć słoneczko. - pocałował mnie w czoło gdy wstał.
-Hej tatuś. Jak rozmowy z mamą o Obamie, ustawach i naszym kraju?
-To nie jest zabawne. - mruknął tata i usiadł koło Huberta tam szukając ratunku przed mamą. - Co tam synek?
-Na mnie nie licz. - mruknął nie odrywając wzroku od telewizora.
  Tata westchnął nerwowo i wrócił do mnie i mamy. Zajadałam kawałek letniej pizzy Huberta, a mama narzekała, że rozboli mnie brzuch.
-Idziecie gdzieś? - spytała mama mojego tatę.
-Właśnie słonko, może pojedziemy na zakupy?
-Tato... - uśmiechnęłam się i przytuliłam go połykając pizze. - Chce spędzić z tobą dzień normalnie... jak córka z tatą.  Chodźmy na... o! Juz wiem! Wesołe miasteczko!
-Masz już siedemnaście lat kochanie...
-A Ty czterdzieści trzy! Chodź się odmłodzić!
  Zaśmiał się i przytulił mnie.
-Jesteś niemożliwa. No dobrze. Chodźmy, dziewczynko moja.
  Zaśmiałam się i poszliśmy do samochodu.
   Tata kupił mi lody i bawiliśmy się świetnie. Jeszcze poznał jakaś blondynkę z bliźniakami... musze ich pchnąć  do siebie... będzie ciekawiej.. no i tata zapomni o uczuciu do mamy...

Od Maksa

Otworzyłem oczy zaczerpując gwałtownie oddech. Obudziłem tym dwie osoby. Dopiero po chwili dotarło do mnie kim oni są.
-Aki? Ada? Co się stało?-zapytałem.
-Maks!!!-powiedziała Ada i przytuliła mnie ze łzami w oczach.
-Wreszcie sie obudziłeś bracie.-powiedział Aki.
-Co sie stało?
-Nie pamiętasz?-zdziwił się Aki.
Ada zrobiła dziwna minę i wzięła na chwilę Akiego na bok.
Nie wiem dokładnie o czym mówili. Nic nie rozumiałem.


***Od Adrianny***

-Zróbmy tak. Tak będzie dla niego lepiej.-powiedziałam
-Też tak sądzę ale nie wiem czy do końca to dobry pomysł. Co jeśli sobie przypomni?
-Miałam wizję. Czarownice usunęły mu pamięć od dnia kiedy poszliśmy do dyrektora.. wtedy kiedy załatwił nam karne dodatkowe lekcje ze sztuki. Nie całkowicie. Pamięta wszystko normalnie ale ma wycięte z pamięci spotkanie z Alaską, konflikt z wampirami oraz okres w którym był uwieziony pod postacią wilka. Tak jakby każdy jego dzień polegał na pójściu do szkoły, wróceniu spotkaniu się z nami. Nic innego. Nic wybiegającego poza schemat.
-To chyba dobrze? Nie pamięta tego wszystkiego..
-Więc jak coś to... hm... miał wypadek na motorze! I był nieprzytomny.. tu powiemy prawdę.
-Ok.

***Od Maksa***

Aki i Adrianna podeszli do mnie. Wyczuwałem od nich mieszane emocje.
-Co się stało?-zapytałem.
-Miałeś wypadek na motorze. Byłeś w śpiączce przez trzy miesiące.
-Trzy miesiące?-powiedziałem nie dowierzając.
-Tak.-powiedział Aki.
Spojrzałem w sufit. Wstałem i odpiąłem od siebie wszystkie te maszyny.
-Nie wiem czy to dobry pomysł bracie po tak długim czasie wstawać tak szybko..-powiedział Aki.
Wstałem.. lekko sie zachwiałem po czym podszedłem do okna.
Czegoś mi brakowało. Odczuwałem dziwną pustkę...



Od Alaski

  Budzą się co rano, powtarzam sobie "To tylko jeden dzień, jeden  dwudziestoczterogodzinny odcinek czasu, który musisz przetrwać". Nie wiem, kiedy właściwie zaczęłam sobie fundacja tę dopingujacą gadkę - ani dlaczego. Może chodzi tu o to, że minęło kilka dobrych dni, tych ciężkich, w których Maks nadal spał?
  Nie wspominałam tych dni, po prostu wyprowadziłam się z mamą do Los Angeles zapominając o tym co się działo. To miasto było choć trochę normalne a Ada i reszta nawet nie wiedzieli, że się wyprowadziłam. Bądź juz wiedzą, albo właśnie się dowiedzieli.
  Tam było dużo wspomnień, tu, w LA zaczęłam tak jakby... nowe życie. Chciałam, żeby było lepsze. I nie narzucać się już nikomu, nawet, jeśli ktokolwiek chciałby mnie szukać - nie znajdzie. Zatarłam z mamą za sobą wszystkie ślady...
-Córeczko! - zawołała mama.
-Tak? - otworzyłam oczy zaspana zakopana pod kołdrą.
-Tata przyjechał do ciebie.
  Pocałowała mnie w policzek i wyszła.
  No tak, i mama to rozwiodła się z ojcem... nie wiem czemu. Szanowalam decyzję mamy i taty. Nawet starałam się żyć normalnie jak ludzie. Wiem, że mama wymazała mi pamięć o różnych istotach, tylko zawsze jak raz na rok zdarzy się, że sobie przypomnę jak mama mi wymazała pamięć... zaraz to zapominam i moja rok, znów sobie to przypominam na sekundy... i...
  Zaraz, na czym stanęłam...?
  Ach.... moje życie jest na razie idealnie normalne. A jak będzie za jakiś czas? Zobaczymy!

środa, 18 listopada 2015

Od Maksa

Wampiry mnie porwały i zabili wilkołaki i czarownice! Byłem zdezorientowany i wściekły. Obezwładniono mnie jak i hybrydy.. Alaska była wolna.. Nic nie rozumiałem. Wywieźli nas gdzieś. Gdzieś bardzo daleko.
Rzucałem się. Może bardziej ze strachu?
W Londynie (wywnioskowałem miejsce naszego aktualnego pobytu z rozmów) zamknięto mnie z hybrydami. Oho.. Co jest grane?
-Maks.. to ja Aki pamiętasz mnie?-mówił do mnie chłopak.
Patrzyłem sie na niego zdezorientowany. O co mu chodzi? Wariat czy co?!
Usiadłe. W rogu pomieszczenia i patrzyłem się na nich uważnie. Nale drzwi się otworzyły i weszła Alaska.
-I jak?-zapytała-Dotarliście do niego?-to "niego" wypowiedziała jakaoś dziwnie.
-Nie. -powiedziała Ad.
-Dajcie nam troche czasu.-powiedział Aki.
-A może to jednak nie on?-powiedziała Alaska.
-To on-wypowiedział przez zęby Aki.
Byli mi znajomi. Tacy znajomi nieznajomi. Dziwne uczucie.
Alaska smutno się uśmiechnęła.
-Moja mama może wam pomóc-odparła.
-Niby jak?-burknął Aki.
-Jest czarownicą.
-My też umiemy czarować-powiedział Aki.
-A może jednak skorzysta z pomocy mamy Alaski?-zapytała Ad.
-Z pomocy czarownicy? Zapomniałaś przez jakie istoty jesteśmy pozbawieni wolności?-burknął Aki.
Ja tam nic nie rozumiałem..
-Mogę się założyć że to ich slrawka ze Maks jest w ciele wilka!-krzyknął Aki.
O mnie chodzi? Jaki Maks? Moja twarz wyrażała jedno- "?".
-Skorzystamy z pomocy twojej mamy Alasko-powiedziała Ad.
Alaska wyszła.

***

Następnego dnia chyba wszyscy poztawili sobie za cel znęcanie się nade mną. Nakpierw z samego rana zabrali mnie gdzieś... Potem ovezwładnili związując łapy i położyli na jakimś stole. Zapalili świeczki.
Nademną stała jakaś czarownica i Ada z Akim.
-Aki jako że to twój brat bliźniak potrzebuję cię do tego zaklęcia a to że w waszym DNA jedt także DNA czarownicy potrzebuje i Adrianny by zaklęcie miało silniejszą moc. Ciebie Alasko także, jako iż jesteś moją córlą posiadasz zdolności magiczne.
Wszyscy złapali się za ręce poczym starsza czarownica coś mówiła a oni powtarzali to wszystko po niej. Po chwili poczułem że coś ze mną dzieje się niedobrego... Aż zobaczyłem ciemność. Słyszałem w głowoe tylko głosy...

***Od Adrianny***

Weszłam do pokoju gdzie leżał Maks. Aki siedział przy nim już czwarty dzień. Prawie nic nie spał i prawie nic nie jadł. Martwiłam się.
Spokrzałqm na Maksa. Zaklęcie się udało. Zmienił się jednak był w śpiączce. Istniało duże prawdopodobieństwo że się nie wybudzi i że umrze. Wiedzielismy co to oznaczało także dla Akiego. Jeśli Maks umrze.. Aki tak samo odejdzie. Taki już był nasz los..
-Zjedz coś i idź spać. Ja będę teraz nad nim czuwała.
Widziałam że nie chce jednak nie miał wyjścia. Wyszedl.
Usiadłam na jedu miejscu i wzięłam w dłoń rękę Maksa.
-Mój drogi... Wróć do nas-powiedziała ze łzami w oczach. Niechciałam stracić kolejnych bliskich mi osób.
Dostałam wizję...

Stałam z Samem. Obok stali Mark i Ertk oraz Alaska. Kładła właśnie różę na podwójnym grobie. Spojrzałam na napisy na nim wyryte. "Maksymilian i Anagon Stone".
Przedm poimi oczami stanęły obrazy z ich śmierci ale były rozmazane nic nie rozumiałam.

Wizja mineła. Byłam cała rozpalona i szybko oddychałam złapałam mocniej za rękę Maksa.
-Obudź się... Błagam!

(Juju nic na razie z Maksem nie rób :* niech śpi ) 

Od Alaski

-Musimy coś zrobić, do cholery! - krzyknęła Ada. - Co oni ci zrobili?
-Wypalali wnętrzności kwasami... różne rzeczy... 
-Co z wampirami? Nie mów, że ich wydałaś...
-Zrobiłam to, by was chronić. Ale złapali was i ...
-Och! Jasne! Świetnie! 
-Nie kłóćcie się, kurwa! - krzyknął Aki. - Wymyślimy coś... To na pewno był Maks... Mówię wam!
-Ty oszalałeś. - szepnęłam.
-Sama oszalałaś! Znam go jak nikt, wiem, że to on. Tylko... coś z nim nie tak. 
-Co takiego/ - spytała Ada. 
-Słuchajcie, sorry, że przerywam, ale jeśli dobrze odmierzam czas to właśnie idzie tu Bae. 
-Kto to?
-Przewodnicząca czarownicami. Słuchajcie, nic nie róbcie, nie drażnijcie się z nią...
-Mamy robić co nam każe? - zakpiła Ada z Akim. 
-Po prostu tak zróbcie... 
  Drzwi otworzyły się. Usłyszałam głos ochroniarza - Nicka. Wytatuowanego, umięśnionego faceta który mnie pilnował 24h. 
-Wzywa cię ktoś ważny. - powiedział i ściągnął ze mnie kajdanki.
-Zaraz! Gdzie ją zabieracie?! - krzyknęła Ada.
-Wami zajmie się osobiście Bae. Będziecie grzeczni, nie skończycie jak ona - wskazał na mnie. - Jest słowna, więc pilnujcie się. 
-A ty się nie stawiasz?! - spytała Ada.
  Spojrzałam na nią i wzruszyłam ramionami.
-Po co? Żeby mnie zakatowali na śmierć? - wyszłam. 
  Prowadził mnie po korytarzach, w których jeszcze nie miałam okazji być. Moje włosy były potargane, cała byłam w nieładzie. 
-Gdzie tym razem, Nick? - spytałam cicho, jak to miałam teraz w zwyczaju.  
  Stałam się bardziej spokojna... bez życia. 
-Zmieniają ci celę ze względu na hybrydy. Nie możesz się z nimi porozumiewać w żaden sposób. 
  Kiwnęłam głową. 
  Delikatnie pchnął mnie do środka celi.
-Miłego dnia, Alu. 
-Nawzajem. - chrząknęłam.
  Nick był w porządku, jako jedyny z czarowników. Zdawało mi się, że mnie nawet lubi... ale jest podporządkowany całkowicie Bae. 
  Odwróciłam się. Było tu dużo gratów. Będę miała co oglądać, co robić... 
  Przede mna stała kobieta. Zdjęła kaptur z głowy, trzymała w ręku taki mini naszyjnik - zegarek. To była...
  Moja matka. 
  Patrzyła się na mnie, starając się opanować łzy, zachować spokój. Jakby chciała opanować wściekłość, za to co mi zrobili. 
-Mama...? - pisnęłam w szoku. 
-Chodź do mnie, słoneczko. 
  Rzuciłam się w jej ramiona. 
-Co tu robisz? Jak... 
-Ukrywałam to całe życie... ale jestem wiedźmą. Wiedźmy i czarownice to zupełnie inne odmiany magii. Wiedźm jest mało, więc musiałam się ukrywać... 
-Ale jak żyjesz?!
-Cśś... - szepnęła i pocałowała mnie w czoło. - Twój ojciec jest współtwórcą planu na zabicie mnie. Jednak dali się nabrać na mojego tak jakby... klona. 
-Przewidziałaś... ich... ruch?
-Tak. Ale posłuchaj mnie. Musisz iść ze mną.
-Nie zostawię Ady i Akiego... i chyba... Maksa...
-To ten pies? - zdziwiła się. 
-To podobno Maks... mój...
-Wiem, kochanie. Obserwowałam cię ale gdy cię zabrali... straciłam z tobą kontakt. 
-Mamo... nie mogę ich zostawić...
-Nie zostawisz. Wrócimy po nich gdy powiadomimy wampiry o całym zdarzeniu. 
-Co będzie, gdy cię zobaczą?
-Nic. - wzruszyła ramionami. - Maks to wilkołak, tyle wiem. Ale co się z nim stało...
-Własnie! Co...
-Tego nie wiem. Interesowałam się swoją córką...
-Masz jak mu pomóc?
-Mogłabym się z nim porozumieć... wiesz, telepatycznie. Jak wilkołak z wilkołakiem, ale myślę, że skoro Aki i Maks są bliźniakami wyjdzie im to najlepiej a ja oszczędzę magię. Chodź. 
-A gdzie tak właściwie mnie prowadzisz?
-Zawiadomić Aro o wszystkim.
-Kto to Aro? - spytałam. 
-To pierwszy wampir. Na pewno będzie zły, gdy o wszystkim sie dowie. 
-Gdzie on jest? 
-On, Markiusz, Marek i Floryna. W Londynie. 
-To kupa kilometrów...
-Masz mamę wiedźmę. - pocałowała mnie w policzek a ja ze łzami w oczach się zaśmiałam. 

  Gdy dotarłyśmy, Aro - rzeczywiście - nie był zachwycony. 
-Słyszałem, że coś się tam dzieje... Straszna sprawa, straszna... - ciągnął Aro. 
-Angeliko, cóż takiego dzieje się w Wolftown? Nie mamy tam zbytniego wstępu przez dużą populacje wilków. 
-Czarownice rozpoczynają wojnę z wampirami o Wolftown. Potem mają przejąć inne miasta. Porwali moją córkę, a na mnie planowali intrygę...
  Alex, jeden z przystojniaków - i sługów czterech pierwszych braci - spojrzał się w naszą stronę przerywając rozmowę z jakąś brunetką. 
-A więc... rzeczywiście... Angelika ma sporo racji. - odezwał się Aro. - Musimy chyba... się tam udać... 
  Widziałam, jak o mało co żyłka mu na czole nie pękła. Był wściekły. 
-Zatem... zbierajmy się. Alexie, Caroline, przydacie się nam. - powiedział Markiusz. 
  Floryna wyglądała na wielką damę, wyglądała jak milion dolarów, ale takich skromnych, ale powalających dolarów. Była chuda, miała fantastyczną figurę, czerwone oczy jak oni wszyscy z resztą. Była wysoka, blondynka, jasna cera. Jak śnieg. Wstała z czerwonego krzesła i zeszła do nas. 
  Kiwnęła z lekkim uśmiechem mojej mamie i spojrzała na mnie. 
-Taka młoda... a tak zmaltretowana przez wybryki natury... - powiedziała w końcu delikatnym, spokojnym głosem. 
-Mama zapomniała wspomnieć... - zaczęłam. - Że wilkołaki również przyczyniły się do realizacji planu czarownic. 
-Racja. - przytaknęła mama. - Chcą się sprzeciwić wampirom i wiedźmom. 
-Ruszamy. - zażądał Aro i poszliśmy.

  Najpierw zawiadomiliśmy Klausa, piątego z rodzeństwa pierwszych wampirów. A następnie zaplanowaliśmy atak. Poszliśmy w stronę budynku Bae. Musiałam ich z mamą zaprowadzić, a nawet sama się uparłam, by z nimi iść.
-Co to za kundel, o tam? - spytała Floryna. 
-To mój przyjaciel... chyba zaklęty w psa... 
-Chcemy go ratować? - spytała się Aro. 
-To już problem naszej Angeliki. 
  Czyżby moja mama była z nimi w jakiejś zmowie czy coś? Albo ma jakieś układy. 
-Klausie - odezwał się Marek. - spuśćmy ze smyczy naszego animaka. 
  Klaus uśmiechnął się.
-Robi się, bracie. 
  Czarownice bały się animaków, więc pewnie ich rozwali. 
-Idź tam i pozabijaj. - szepnął, chociaż animaka przy nas nie było. - tylko nie dotykaj tego kundla przy budynku. Hybrydy mają trafić do nas. Łącznie z tym kundlem który tam się kręci. 
-Ja go mogę złapać. - powiedział Makriusz. 
  Markiusz poszedł i złapał psa który się rzucał. Maks... mam nadzieję, że to on. 
  Nagle usłyszeliśmy jakby coś wielkiego biegło w naszą stronę. Dobrze słyszelismy, biegł do nas animak. Nie zatrzymał się przy nas, ruszył na budynek i rozwalił drzwi szarżując. W środku usłyszałam po chwili krzyki. Wszystkie wampiry od rodzeństwa wbiegli do środka, a ja czekałam. Animak wybiegł z budynku walcząc z Bae. 
-Odsuń się, Leono! - krzyknęła wściekła Bae. 
  Animak zawył przerażająco. 
  Bae gdy zobaczyła, że nie ma szans zebrała się i uciekła wraz z kilkoma swoimi kumplami którzy zostali z całej tej walki. 
  Wiedziałam jednak, że to nie koniec. Bae ma więcej ''armii'', wróci tu. 
  Wyprowadzili Adę i Akiego... Maksa miał Markiusz. 
-Kim wy jesteście?! - rzucała się Ada. - chcę wyjaśnień!!!
-Zamknie ją ktoś? - spytał spokojnie Mark.
-Alexie... - kiwnął głową Aro w stronę Alexa.
  Ten postawił ją na ziemię i uderzył w głowę. Co prawda delikatnie, ale uderzył tak, by straciła przytomność. 
  Byliśmy w Londynie. Aro był wściekły, więc pewnie ustali co robią z hybrydami. Należą do rozsądnych wampirów, nie chcą ich zabijać ani niszczyć życia, pewnie ich puszczą wolno, lub będzie chciał ustalić podział ziemi między wampiry a hybrydy... do należy do obowiązku rodzeństwa wampirów... 

Od Maksa

Ta dziewczyna była mi znajoma. Tylko skąd? Miałem pustkę w głowie.
Wyszedłem z czarownicą.
-Niech pilnuje budynku z zewnątrz.-powiedziała czarownica do wilkołaka który mnie wyprowadził.
Podobało mi sie to ze byłem im pomocny. Za dobrze wykonane zadanie dostawałem jedzenie. Jednak nie wiem dlaczego jakaś część mnie podpowiadała mi ze to nie moje życie.. nie do końca.
Pilnowałem budynku z zewnątrz. Biegałem.. atakowałem wiewiórki. Zaczynało mi sie nudzić. Poszedłem wiec do okienka w którym widziałem tę dziewczynę.
Położyłem się przy nim i obserwowałem ją.
Spojrzała sie na mnie.
-Budy!-wychlipała.
Spojrzałem się na nią przekrzywiając głowę. Dlaczego wydawała mi sie znajoma?

***

Spałem przy oknie kiedy nagle usłyszałem jakiś hałas. Coś siedziało przy bramie! Wstałem i pobiegłem tam. Zobaczyłem samochód. Kogoś przywieźli. .czułem nowe a zarazem znajome zapachy. Zaparkowali przy drzwiach. Z bagażnika wyciągnęli dwoje nieprzytomnych ludzi. Dziewczynę i chłopaka.
-Szkoda że to nie wampiry ale dwie hybrydy też nie są złe. Ona to Adrianna a tamten z czego mi wiadomo to Aki. Zaprowadźcie ich do celi Alaski. Skujcie łańcuchami tak by nie mogli sie nawet zbliżyć do siebie i Alaskę też przykujcie żeby nie przyszło jej do głowy uwolnienie hybryd. Zarazem wzmocnijcie straż. Hybrydy kiedy jednym z nich dzieje sie krzywda staja sie bardzo agresywne.
Patrzyłem zdezorientowany.



Wnieśli ich do budynku. Pobiegłem szybko do okienka. Widziałem jak brutalnie budzą Alaskę i zakładają jej łańcuchy na lewą rękę. W sumie.. była człowiekiem.. i tak z tych łańcuchów sie nie wydostanie więc po co zapinać ja na więcej? Natomiast te dwie hybrydy zapieli na rękach i dodatkowo założyli i m łańcuchy na szyję.  Każde było tak daleko od siebie że łańcuchy nie umożliwiały im podejście bliżej do siebie.
Kiedy czarownice z wilkołakami wyszli Alska zaczęła szlochać na widok hybryd a raczej po rozpoznaniu ich twarzy.
-Adrianna.. Maks...
Obserwowałem ich do rana. Rano hybrydy się obudziły. Byli w szoku po którym nastąpił gniew.
-Alaska?-powiedziała Adrianna.-Co ty tu robisz?
-Porwali mnie już parę dni temu.-wychlipała.-A ty z Maksem jak daliście sie złapać?
-Nie jestem Maks. jestem jego bratem bliźniakiem. Nie znamy się jeszcze. Mam na imię Aki.-powiedział chłopak.-Maks zaginął trzy dni po tobie.
-Jak to zaginął? -powiedziała Alaska.
-Nie miałam żadnych wizji o nim.. Aki też czuje że on żyje.. a po za tym gdyby Maks umarł to umarłby też Aki. Tak już jest z nami..-powiedziała Adrianna.
-Wiec gdzie on jest? Tu go nie widziałam..-powiedziała Alaska.
Alaska spojrzała sie w okno.
-No nie.. znowu ten wkurwiający pies.. siedzi tu już od wczoraj..
Hybrydy się na mnie spojrzały.
-Chwila..-zmrużył oczy Aki. -To Maks!!! Maks!!! Co ty tu robisz? -wstał co sprawiło mu ból bo łańcuchy były już i tak mocno napięte.
-Maks? To nie on.. a poza tym co by tu robił? I dlaczego pod postacią wilka?
-To on.. poznaje!
Adrianna się mi przyglądała. Ja tylko usiadłem i przekrzywiłem głowę.
-To on.. poznaję te oczy..
Nikt nic nie rozumiał.. Oni nie rozumieli dlaczego niby jestem pod postacią wilka i co robię tu... jako pies wroga a ja nie rozumiałem o co im chodziło. Zwariowali? Czarownice z wilkołakami sprowadzają czuby? Otwierają tu wariatkowo?
Nagle usłyszałem jak ktoś gwiazda. Wołali mnie. zaszczekałem i pobiegłem tam...

wtorek, 17 listopada 2015

Od Alaski

  Bae usiadła obok mnie i zaśmiała się. Trzymała w dłoni szklankę z wodą którą doskonale pamiętałam. W niej jest dziwna substancja która sprawia że wymiotuje krwią. Jakieś okropne toksyny które powodują silne podrażnienie w przełyku.
  Odsunęłam się od niej przerażona.
-Chodź tu. - gwizdnęła a z korytarza wbiegł do środka jakiś wilk. - Patrz. To osoba którą masz pilnować. Strasznie wygląda, co?
  Pies przekrzywił łeb.
-Popatrz, jak robi się miękka i taka żałosna. - spojrzała na mnie zbliżając szklankę do moich ust. - Gdzie są wampiry? A może mam znaleźć hybrydy? I ich popytać? Chcesz tego? Może Ada więcej wie...
-Dobrze... dobrze... wszystko wam powiem... wszystko... tylko... nie dawaj mi tego pić... błagam... - ledwo co mówiłam.
   Bae uśmiechnęła się i wlała mi na siłę trującą wodę.
  Zaczęłam się dusić, ból był nie do opisania. Zaczęłam kaszleć krwią. Nie mogłam przestać, co chwile moje wnętrzności ulegały wyparzeniom. Stąd ta krew.
-Błagaj więcej. - zażądała. - A wtedy dam ci spokój. Tylko powiedz gdzie są wampiry.
  Nie mogłam mówić. Uderzyła mnie w twarz z pięści i znów kazała mówić.
-Gadaj.
-Wampiry są w północnej części lasów... zaraz za zakrętem przy Wall Street... - wykaszlałam kolejną porcję krwi.
-Co z animakiem?
-Jest nim Riley. - musiałam trochę skłamać. - Tępak,  zależny od rozkazów Klausa. Nie odstępuje go na krok.
-Dobrze. Jednak nie musze cie teraz zabijać. - zaśmiała się.
  Spojrzała na psa który stał obok jej nóg. Dziwnie się na mnie patrzył.
-Chcesz żeby ten kundel tu był, czy chcesz żeby wyszedł? - spytała się mnie Bae od niechcenia.
-Nienawidzę... psów... chce tu być sama... niech spieprza...
  Bae wzięła psa i zamknęła celę.
-Przygotować wszystkie cele! Niedługo będziemy mieć wampirzych kolegów.
  Podejrzewałam, że skoro jestem jedynym człowiekiem to wampiry będą chciały ze mnie pić. Oby jednak Hubertowi udało się uciec, a hybryd nie złapali i nadal żeby czarodzieje mieli ich w dupie...

Od Maksa

Mijały dni a ja zaczynałem wariować jeśli można tak to nazwać. Co się ze mną działo? Stawałem się prawdziwym wilkiem. Powoli zapominałem o tym kim tak na prawde jestem. A wszystko przez to że z niewiadomych względów nie mogłem się przemienić..
Pewnego dnia wyczułem wilkołaka i co najdziwniejsze zaadoptował mnie!!! Kiedy już siedziałem w jego samochodzie wyczułem od niego dziwny zapach. Znajomy mi. Tak jakbym już go wcześniej czuł.
-Słuchaj. Nie trafisz do kochającej rodziny. A poza tym z tego co sie orientuje to jesteś zwykłym wilkiem.. W ogole co ty tu robiłeś? Ale do sedna.. Bedziesz pilnował pewnego budynku a tak na prawde więźnia.
Nie rozumiałem do końca.
Po pewnym czasie zatrzymaliśmy się pod jakimś budynkiem. Wilkołak wysiadł i otworzył mi drzwi. Wyskoczyłem. Poszedłem za nim do budynku. Wyczułem czarownice. Oooo coś się święci...
Wilkołaki i czarownice? Nie wiem czemu... Nie pamiętam czemu ale raczej oni nie powinni współpracować. To wszystko było dziwne.

***

Ok już rozumiałem co należało do moic obowiązków. Miałe. Pilnować domu. Chodziłem wolny ale nie mogłem oddalać się od budynku.
Pewnego razu kiedy spacerowałem lekko znudzony usłyszałem cichy płacz. Podszedłem do okienka od piwnicy budynku i zobaczyłem jakąś dziewczynę. Wydała mi się znajoma. I ten jej zapach... Taaa.. Okienko było otwarte. Zawarczałem a ona przestraszona spojrzała się na mnie poczym odsunęła się jak najdalej. Zasiekawiony przekrzywiłem głowę. Ona się mnie boi?
Zamerdałem ogonem. Zmarszczyka brwi. Wyczułem zaciekawienie.
Nagle do pokoju w którym była dziewczyna weszła jakś czarownica.
-I jak Alaska? Masz nam dzis coś ciekawego do powiedzenia?
Alaska? Znajomemi imie... Ale skąd?

poniedziałek, 16 listopada 2015

Od Maksa

Błąkałem się po lesie. Nie znałem tych terenów. Nie wiedziałem nawet gdzie jestem. Nagle zobaczyłem kogoś. Wyczułem że jest to wilkołak. Na szczęście on nie mógł wyczuć kim ją jestem.
-Kai zobacz! Wilk nam się przybłąkał!-krzyknął a zza drzew wyszedł drugi wilkołak.
-Co on tu robi?
-Nie wiem.. Przecież w tych lasach nie ma już zwykłych wilków.
Ile się już tak Błąkałem pod postacią wilka? Niech zliczę.. Jeden.. Dwa.. Trzy.. Cztery... No na oko z ponad tydzień. Nigdy tak długo nie byłem w tej postaci i czułem że to zostawi nieodwracalne skutki uboczne.. O ile się przemienić znów w ludzką postać. Martwiłem się że się jednak nie przemienię i stanęła się prawdziwym wilkiem. Już instynkt wilczy działał na mnie silniej.
-Jest ranny-powiedział Kai.
-Co z nim robimy?
Czułem się osaczony. Wstałem i patrzyłem się raz na jednego raz na drugiego. Nagle po prostu z wycieńczenia wpadłem na ziemię. Nie byłem w stanie się podnieść. Podeszli. Jeden z nich wziął mnie na ręce uspokajając. Zamknąłem oczy i odpłynąłem.

****

Obudziłem się w jakiejś klatce. Okazało się że moi bohaterzy oddali mnie do schroniska!! Taaa... Wilk w schronisku? Ciekawe ciekawe..
Zbadano mnie.  Opatrzył mi ranę i zamknęli znowu w klatce. Za parę dni miałem nadawać się do adopcji. Uwierzycie? Traktują mnie jak zwykłe zwierzę! A przecież nim nie jestem....
Musiałem się stąd wydostać.. Ale jak?

(Więcej napisze jak wejde na kompanii bo na tel nie wygodnie i zasypiam)

Od Alaski

  Bae znów się pojawiła. Trzymała w ręku wodę. Kucnęła przy mnie i pokręciła głowa obserwując całą mnie - zakrwawioną i obitą.
-Zostaw hybrydy w spokoju... - szepnęłam ledwo co mówiąc.
-Nie obchodzą mnie oni. Są dla mnie mało ważni i wartościowi. Oni byli mi potrzebni bo cały plan z zabiciem twojej matki wiązał się z hybrydami, a ze Maks pierwszy narobił sobie kłopotów z tobą i pierwszy się z tobą zadawał.Plan polegał miej więcej na tym, żeby podrzucić Klausowi hybrydy, których on nie cierpi. Podobno miał styczność z tą grupą juz wcześniej, głównie z Maksem. My, z wilkołakami, mielibyśmy łatwy dostęp do ich siedziby i zabrali Klausa. On jest nam potrzebny a cała zemsta polega na wyniszczeniu gatunku wampirów... gdy ten plan okazał się niewypałem, postanowiłam złapać ciebie i wymyślec coś na plan A. Gdy Cię złapał nasz łowca... powstał plan B. Wampiry musiały skupić się na kimś innym byśmy my mogli wkroczyć, ale skoro uwolniłaś Maksa plan poszedł się pieprzyć.
  Na sto procent Bae miała w tym swój interes. Czyżby miała złą przeszłość z Klausem? Myślę, że nie jest jedyna.  Ale jej zemsta była rozplanowana.  Była dobra...
-Puście mnie błagam... proszę...
-Uwielbiam jak ktoś prosi... ale lubię jak ktoś robi to długo. Masz tu wodę.
  Wypiłam ją. Po chwili od środka coś mnie wypalało. Bae zaśmiała się i patrzyła na to jak próbuje krzyczeć, ale tylko się zwijam i pluje kwasem i krwią.
-Mówiłam. Błagaj dłużej... nie chce się z  tobą rozstawać. Nie wierzę ci... wiec cie nie wypuszcze. Zanim wampiry nas wytropią minie sporo czasu...
  Złapałam ja za rękę i gdy przestałam pluć kwasem i krwią nie mogłam mówić.
  Bae zaśmiała się.
-To na wszelki wypadek, gdyby wpadł ci do głowy głupi pomysł ucieczki i wypaplania gdzie jesteśmy.
-Hy... hybrydy...
-Po pierwsze... jak będziesz mówić coraz więcej to stracisz głos nieodwracalnie... a po drugie... mówiłam, że nie zależy mi na hybrydach. W dupie ich mam! Obchodzą mnie wampiry i tylko one. No i twoja wspaniała rodzinka. Twój tatuś pewnie się martwi... ale nikt nie wie co się z tobą dzieje... poczekamy aż twój tata tu przyjdzie. A ty oszczędzaj głos. Bo jutro kolejna taka porcja zdrowej wody kochana.
  Wyszła, a ja leżałam na ziemi bez sił płacząc.

Od Alaski

  Otworzyłam oczy i wpatrywałam się w sufit. Nie miałam sił się ruszać, moje ciało straciło zbyt wiele krwi, cud, że żyje.
  Usłyszałam kroki. Leżałam na ziemi. Nagle poczułam dziwne uczucie w gardle, podniosłam się nagle i wykaszlałam duża ilość krwi.
-To skutek uboczny. Najpierw nam wyśpiewasz wszystko. - powiedziała Bae.
-Co ty... czemu to robisz...? - Powiedziałam, ale zaraz potem wyplułam z siebie kolejną porcję krwi.
-Gdzie są hybrydy i wampiry? - schyliła się do mnie.
  Gdyby podpuścić czarownice na animaka...
-Mów, bo inaczej pogadamy.
-Nic nie wiem o hybrydach. - szepnęłam słabo.
  Zaśmiała się i złapała mnie za włosy. Przeciągnęła po betonowej podłodze i rzuciła na ścianę, uderzyłam głową o ścianę i z nosa poleciała mi znów krew.
-Chcesz się znów wykrwawić?  Nie ma sprawy. Z każdym kłamstwem będziemy cie torturować.
-Bae... czemu to robisz...? - zakryłam nos ręką.
-To ja zadaje pytania. Gdzie są wampiry? I gdzie hybrydy?
-Może chcesz wiedzieć, gdzie jest animak? - zaśmiałam się a ona kopnęła mnie w głowę.
  Zaczęłam kaszleć, czując posmak krwi.
-Juz nic nie wyplujesz. - Uśmiechnęła się. - Zaklęcie działa jak blokada. Śliniawki przestają produkować ślinę, przez co Twoje gardło będzie suche. Nie będziesz mogła oddychać. Ale dzięki zaklęciu nie umrzesz. Będziesz tak tu siedzieć rzygać krwią, wołać o pomoc ale nikt nie odważy się tu przyjść. Wilkołaki pilnują wejść, czarownice i czarownicy pilnują tej części lasu. Wampiry nas nie znajdą. Wiec jak? Gdzie oni są?
  Milczałam. Kopnęła mnie w brzuch. Wszystkie moje wnętrzności krwawiły, próbowałam się podeprzeć na lokciu ale nie miałam siły.
-Gadaj.
-Wampiry są w północnej części lasu... - płakałam. - i Hybrydach naprawdę nic nie wiem...
-Wiesz wiesz...
-Nie wiem jak tam dojechać ani jak wam wytłumaczyć gdzie oni są...
  Musiałam ich chronić. Wampiry się wybronią, ale nie oni. Wampiry mają animaka, Leonę,  a ponad to Klausa.
  Aż brzydziła mnie myśl, że się z nim musiałam przespać...
  Bae wstała i zostawiła mnie krwawiącą na zimnej podłodze.
  Znów krew była wszędzie... siniaki pojawiały się z każdą minutą. Miałam dość... ale jeszcze.. chyba... nie umieram..

Od Maksa

Parę dni spędziłem na leczeniu się. Kiedy już mogłem wstać z łóżka i normalnie samodzielnie chodzić zszedłem na dół. Wsiadłem na tarasie. Podeszła do mnie Ad.
-Jak się czujesz?
-A jak mam się czuć?
-Lubiłeś ją?
Westchnąłem.
-Nie była taką zła.
-Uratowała nam życie.
-Nie potrzebnie. Przynajmniej mi.
-Dlaczego?
-Nie ważne.
Byłem zły na Alaskę. Najpierw zawraca w moim życiu tymi całymi próbami.. Potem zostaje wrobiony w zabójstwo jej matki. Jej brat z kumplami mnie torturują a ona mnie z tego wyciąga.. Moja rodzina otwiera się przed nią a ona po tym wszystkim po prostu... Odchodzi.
Wstałem.
-Gdzie idziesz?
-Dziś pełnia.
Minąłem w drzwiach Akiego. Wszedłem domu i pobiegłem w stronę lasu. Przemieniłem się. W postaci wilka zatrzymałem się przed wzgórzem. Spojrzał em na księżyc który dopiero wchodził. Zawyłem tak głośno jak nigdy przedtem... Najgłośniej jak mogłem. Miałem wrażenie że każdy w okolicy mnie usłyszał.
Już miałem zawrócić kiedy nagle usłyszałem strzał. Myśliwy!! Zacząłem biec. To był zwykły myśliwy. Człowiek.
Biegłem szybko. Nagle zobaczyłem przed sobą rzekę. Miałem zamiar się przemienić w człowieka. Już zaczynałem kiedy nagle po czułem ból w tylnej łapie. Wpadłem wpadając do rzeki która porwała mnie w głąb lasu.

****

Obudziłem się na nieznanych mi terenach. Byłem pod postacią wilka. Moja noga jeszcze trochę krwawiła. Starałem się przemienić lecz nie wiedząc dlaczego.. Nie mogłem. Zostałem uwięziony pod postaciom wilka? A w ogóle gdzie ja byłem?

niedziela, 15 listopada 2015

Od Alaski

  Wiedziałam, że czarownice stoją za wszystkim. Jestem częścią jakiegoś planu czy coś, nie mogli zaatakować mnie bez powodu. A jeśli jestem z rodziny wampirów musze być dla nich kimś ważnym? Bądź po prostu jestem łatwym celem.
  Poza tym... od kiedy wilkołaki współpracują z czarownicami?! Wszystko wydawało się być dziwne. W każdym razie musiałam uratować Maksa.
-Leż... - nakazała Ada gdy wstalam z łóżka.
-Mam to gdzieś. Przepraszam, ale muszę robić to co do mnie należy...
-O co ci chodzi, bo nie rozumiem?
-Ada... nie musisz rozumieć. Daj mi wyjść. -Gdzie chcesz iść?
-Ratować Maksa. Ja mam układy z wampirami, to moi przyjaciele. Poza tym nie zostanę nigdy tą bestią. Uratuje Maksa... znam na to sposób.

  Z Klausem spotkałam się ponownie. Jednak tym razem zdziwił się gdy wyczuł, że w mojej krwi jest trucizna wilkołaka.
-Co ci się stało? Kto ci to zrobił? - spytał.
-Znowu się ze mną Przespisz za uwolnienie Maksa?
-Przestań.
-Zaatakowały mnie czarownice i wilkołaki. Pracują razem, widocznie oni maja jakiś plan na was używając do niego mnie i moją rodzinę podrzucając Maksa, że on to zrobił. Wypuśćcie go natychmiast.
  Klaus zastanowił się chwilę, poczym zrobiło mu się głupio, ale to tylko na moment. Zły,  że popełnił błąd wyszedł z pomieszczenia i poszedł tam gdzie był Maks. Był w okropnym stanie.
-Co mu zrobiłeś?
-To nie ja, tylko moi podwładni. - machnął ręką. - Alex! Jean! Do mnie! Leona, wytrop mi czarownice.
  Czyżby Leona była animakiem?  Postrachem lasów i czarownic? Animak był jedynym potencjalnym zabójcą na którego nie działają czary czarownic, łatwo je tropi i szybko zabija na rozkaz swojego pana. Leonie współczulam... musiała mieć trudne życie u boku takiego kogoś jak Klaus...
-Riley, pomóż mi...
-Nie dotknę tego czegoś...
-Natychmiast to zrób. - zjawił się mój brat. - podnieś go i zanieś do mojego samochodu. Odwieziesz ich tam gdzie każe ci moja siostra.
-Hubert... ale...
-Juz mnie więcej nie zobaczysz...
-Hubert...
-Zajmij się nim. - skinął na Maksa i zniknął.
  Nie czekając weszliśmy do samochodu i pojechaliśmy do chaty gdzie znajdowała się rodzina Maksa.
  Ada wybiegła a wraz za nią Sam i Aki.
-Boże... co oni tobie zrobili... Ty szmato! - spojrzał na Rileya Sam i przemienił się.
-Trzymajcie tego rozwścieczałego kundla ode mnie z daleka.
  Spojrzałam się na Rileya. W jego oczach dostrzegłam iskrę zadowolenia gdy patrzył na cierpienie Maksa. Spojrzałam się na niego, Sam czekał aż ktoś może powie "zabij go".
-Zarżnij tą kurwe. - wycedził Maks.
  Sam automatycznie ruszył na Rileya który niczego się nie spodziewał. Jednak zdążył jakoś uciec, był cały poszarpany.
  Spojrzałam się na Maksa i resztę.
-Zrobiłam co miałam zrobić. - zaczęłam. - Teraz odejdę.
-Co? - spytała Ada.
-Nie chxe żebyście mnie szukali ani nic.
  Tylko przeze mnie kłopoty.  Nie wybacze sobie tego co zrobili Maksowi. Szłam lasem w stronę miejsca gdzie zaatakowali mnie wcześniej wilkołaki i czarownice. Po chwili usłyszałam strzał i ostry ból w brzuchu. Spojrzałam na dol i zobaczyłam jak jestem przekuta jakimś dziwnym harpunem. Upadłam na kolana ale nie traciłam przytomności. Zabrał mnie jakiś chłopak. Cały czas widziałam co się dziej, krwawilam, czułam ogromny ból ale mnie znieruchomiło i odebrało mowę.
  Na miejscu gdy ktoś doniósł mnie pod nogi jakiejś dziewczyny, murzynki, mogłam mówić. Jednak to coś metalowe miałam nadal w brzuchu.
-Odprawimy teraz jakby... mszę. Zapobiegniemy twojej przemianie. Nie może się ona dokonać. Nie na tobie... - usłyszałam głos Bae.
  Potem czułam ogromne bóle, moje kości się łamały,  potem zrastały,  z każdym kolejnym łamaniem ból stawał się silniejszy a w tle słyszałam jakieś głosy dużej grupy osób. Nie wiedziałam co mówią... jednak jeśli to Bae... będę znów człowiekiem.

  Obudziłam się. W brzuchu miałam dziurę, leżałam na stole operacyjnym. Spojrzałam w lewo, widziałam Bae.
-Co się.... dzieje...? - spytałam kaszląc krwią.
-Nie jesteś już wilkołakiem,  ale... skutki uboczne... wiesz... krwawisz z każdego miejsca... próbujemy to powstrzymać... - płakała.
  Ja tylko na nią patrzyłam.
  Potem usłyszałam pikanie maszyny. Nie straciłam przytomności. Patrzyłam się na Bae. Spojrzała się na mnie.
-Żyjesz... powiedz coś.... proszę...
  Zaczęłam znów kasłać krwią ale większą ilością. Ta noc zapowiada się bardzo ciężko... Byłam i jestem przerażona. Traciłam dużo krwi i z każdego miejsca było jej coraz więcej na podłodze, na łóżku... umieram...

Od Maksa

Przetrzymywali mnie i katowali. Jednak uwolnili Adriannę i to się liczyło. Za dwa dni pełnią a ją byłem trzymany w małym pomieszczeniu bez okien. Siedziałem że nie dam rady. Wilkołak we mnie nie zniesie pełni w zamknięciu bez chociażby okien. To mnie wykończy.

***Od Adrianny***

Siedziałem przy łóżku na którym ona leżała. Opatrzyłem jej rany. Jedna najbardziej mnie martwiła. Była to rana po ugryzieniu Wilkołaka.
Obudziła się. Była przestraszona.
-Spokojnie. Jesteś bezpieczną.
-Gdzie ją jestem? Ty jesteś.. Adrianna?
-Tak i jesteś w naszym leśnym domku. Mój brat wraz z Erykiem i Markiem cię znaleźli w lesie.
-Jest Maks?
-Nie. Nadal nie wiemy jak go odbić.
-Pomoge wam.
-Nie. Nie dasz rady.
-Niby dlaczego?!
Spojrzał am na jej ranę po ugryzieniu.
-Za dwa dni pełnia. Zmieniasz się.
-Co?!
-Wilkołak przeniósł na ciebie klątwę wilkołactwa. Wstajesz się wilkołakiem..
-Ale ją nie chcę!!!
-Spokojnie. My ci po możemy.
-Niby jak?-powiedziała prawie płacząc.
-Słuchaj. To co teraz Ci powiem to tajemnica. Ja, Maks jak i mój brat Aki i Mark z Erykiem jesteśmy hybrydami.
-Hybrydami?
-Tak. Wilkołak, wampir i czarownica w jednym.
-To nie możliwe..
-A jednak. Także jako w pewnej części wilkołaki my także się przemieniony więc ci po możemy. Spokojnie.
Było mi jej szkoda. Ją się taką urodziłam... Jej człowieczeństwo zostało odebrane i to w dodatku wbrew jej woli...

Od Alaski

  Siedziałam w domu i czekałam aż wróci mój brat. Miałam z nim do pogadania. Chciałam się wiele jeszcze dowiedzieć...
  Akurat gdy robiłam sobie herbatę z sokiem Hubert wszedł zadowolony do domu i przytulił mnie.
-Co się stało?
-Mamy Maksa!
  Zaszokowana wpatrywałam się w Huberta nic nie mówiąc. To nie możliwe!!!
-Mogę z nim pogadać?
-To nie najlepszy czas i miejsce...
-Chce tam być!
  Zachowywał się jakby coś ukrywał.
  Dziwne...
  Jednak pojechaliśmy do jakiegoś starego opuszczonego wielkiego domu na uboczu miasta niedaleko lasu. Weszłam do środka. Na dole była betonowa piwnica i korytarze. Zatrzymałam się przy pomieszczeniu gdzie słyszałam krzyki przepełnione bólem.
  Wbiegłam tam i zobaczyłam Maksa. Był zakrwawiony, leżał na betonowej podłodze a nad nim stał Riley. Klaus zjawił się obok mnie, patrzył ze spokojem na cala okropna sytuacje.
  Rzuciłam się na Rileya i Pchnelam go na ścianę. Padłam na kolana przy Maksie głaszcząc go czułe po głowie.
-Maks... przepraszam... gdyby nie ja... Uwolnijcie go!
-Płaci za swoje czyny.
-Adrianne tez. Klaus.. wypuść ich.
-Hmm... dobrze, ale w zamian za coś...
-Ale przysięgasz,  że wypuścisz ich?
-Coś za coś.
-Zrobię wszystko.
-Przespisz się ze mną.
-Słucham??!
-Inaczej ich nie wypuszcze i będę zabijał.
  Zgodziłam się. Jeśli to ma pomóc...
 
  Po tym wszystkim czułam się okropnie. Nienawidziłam siebie za to co zrobiła, że musiałam swój pierwszy raz mieć z kimś takim i w takich okolicznościach. Jednak maks i Adrianna byli wolni...
  Potem jednak dowiedziałam się, że tylko wolna jest Adrianna. Maksa zostawili... załamana i wściekła a także zapłakana poszłam do ich siedziby ale po srodze zaatakowały mnie wilkołaki a potem czarownice... Byłam ranna. Wszędzie krwawilam. Moje ręce były zadrapane do mięśni, nogi... nie czułam ich, ból był tak silny i ostry ze traciłam czucie bólu. Miałam nadzieję że mnie zabiją... ale potem już było mi wszystko jedno. Jakiś wilkołak złapał mnie za rękę i ugryzł. Jego kły przedziurawily mi rękę... potem straciłam przytomność po okropnych torturach.

Od Maksa

Ukrywałem się. Gdzie? Tego nawet moi przyjaciele i brat nie wiedzieli. Dlaczego byłem u Alaski? Chciałem się czegoś upewnić.
Siedziałem właśnie w miejscu gdzie się ukrywałem kiedy dostałem nagle SMS. Miałem nowy numer który podałem tylko Akiemu. W razie czego miał się że mną skontaktować.
Od czytałem SMS mając złe przeczucia które się sprawdziły.
"Porwali Adriannę"
Wstałem i nie czekając na nic wszedłem z ukrycia podpisując tylko bratu.
"Ja to załatwie. Zamknijcie Sama".
Sam na pewno już miał zamiar wybić wszystkie wampiry. Dlatego trzeba zamknąć go... Uwięziony może będzie a raczej na pewno będzie na nas zły ale nie zrobi nic głupiego.
Wsiadłem na motor i pojechałem do miasteczka. Była noc. Zatrzymałem się na środku ulicy. Zgasiłem silnik i stanąłem obok motoru.
-Pijawki! Tu jestem! -krzyknąłem.-Przyjdzie cię po mnie? Oddaje się wam.
Po chwili pięcioro wampirów wyłoniło się z uliczek.
-Patrzcie.. Maks wreszcie się nam pokazał.
Nie walczyłem nawet. Podałem się im. Założyli mi jakieś dziwne kajdanki na ręce a wcześniej kiedy powalili mnie na ziemie wstrzykneli mi coś co sprawiło że nie posłem się nawet ruszyć.
Wrzucili mnie do bagażnika i pojechali.
Po jakimś czasie samochód się zatrzymał. Wciągnęli mnie z bagażnika i wprowadzili do jakiegoś budynku.
Posadzili mnie na krześle. Podszedł do mnie jakiś wampir i od razu uderzył mnie z pięści w twarz. Nic nawet nie powiedziałem.
-Co nie powiedz nawet nic?! Nic nie zrobisz?! Zabiłeś moją matkę!!!!!
-Gdzie jest Adrianna?! Uwolnijcie ją.
-Nie.
-Słuchaj. Hubert tak? Gdybym zabił twoją i Alaski matkę to czy oddałbym się wam na pewną śmierć? Nie, wyjechał bym.. Tak jak każdy morderca. Ją nikogo nie zabiłem w przeciwieństwie do was.
-Kłamiesz.
-Gdzie jest Adrianna?!-zająłem znów to samo pytanie.
Jeden z wampirów dał znak drugiem a ten wyszedł gdzieś a po chwili wrócił praktycznie wlokąc za sobą Adriannę.. A raczej istotę która ją przypominała.
Wyglądała strasznie. Była całą sina i we krwi. Jej jasne blond włosy były posklejane już zaschniętą krwiom z rany na czole. Dolną wargę miała rozwaloną... Prawe oko miała całe napuchnięte. Ubrania miała porwane i we krwi. Wyczuwałem z jej stromy ogromny ból i cierpienie.
-Co wyście jej zrobili?!-wrzasnąłem i prawie się na nich rzuciłem.
Adrianna patrzyła na mnie że łzami w oczach.
-Jeszcze nic. Ale nie martw się..  Żadna!y o to by cierpiała. Tak samo jak moja matka kiedy ją zabijałeś.
-Nic waszej matce nie zrobiłem! Ani ja ani moi bliscy! Wy Pijawki na prawdę nic nie rozumiecie?!
Wzrastała we mnie złość.. Ale to było jeszcze nic bo kiedy wampir który podtrzymywał Ad uderzył ją a ona upadła bezwładnie na podłogę a ten zaczął ją kopać w brzuch wpadłem w furię.
Rozerwałem kajdanki i mimo iż ta substancja jeszcze trochę działała rzuciłem się na tego wampira tak szybko że inne nie zdążyły zareagować. Dopiero kiedy rzuciłem nim o ścianę reszta zjawiła się obok mnie ale ją już się przemienił em. Nie całkowicie tylko do połowy. Jako hybryda byłem silniejszy od zwykłego wampira.
-Ze mną możecie robić co tylko chcecie ale moich bliskich zostawcie w spokoju warknąłem ukazując długie kły.
Byłem gotowy do walki aby tylko obronić Adriannę. Oczywiście nie chciałem zabić żadnego z wampirów. No chyba że oni by próbowali zabić Adriannę.. A wtedy byłbym wstanie zrobić wszystko by ją bronić.
Zawyłem.
-Kim ty jesteś?!-wrzasnął Hubert
-To hybryda. Każde z nich jest hybrydą.. W dodatku tworzą trzy pary hybrydzich bliźniaków. -powiedział nagle znajomy mi głos.
Od wróciłem się i zobaczyłem Klausa. Taaa bardzo dobrze go znałem. I nie mam oczywiście pozytywnego zdania o nim
-Klaus-warknąłem.
-Witaj Maks.-powiedział.
Za nim wyłonił się Animak. Jakiś znajomy wilczek...
-Bierz go-powiedział Klaus a bestia ruszyła na mnie...
Osłoniłem swoim ciałem Adriannę .. Potem już ciemność...

sobota, 14 listopada 2015

Od Alaski

  Spędziłam kolejne dni na płakaniu w poduszkę. Nie pokazywałam się w szkole w ogóle, ani do nikogo się nie odzywałam. Nikt nie miał ze mną kontaktu ze szkoły, sama te kontakty pourywałam. Ze względu na to swój każdy dzień spędzałam na siedzeniu w domu i oglądaniu telewizji.
  Nie mogło być gorzej. Nie wiedziałam jak sobie poukładać myśl, że moja matka nie żyje. Ojciec ścigał Maksa, przeszukiwał z wampirami każdy kąt w Wolftown, pragnął szukać w lasach, poza nimi, w domach innych ludzi i pytać, czy nie widzieli tego człowieka na ulicy.
  Leżałam teraz na kanapie pod kocem w dresach taty i o rozmiar za dużej czarnej bluzie przytulając do siebie zdjęcie moje, taty i mamy w jednej ręce, a w drugiej chusteczki. Myślałam, że gorzej być nie może. Mimo tego, że coraz bardziej śmierć mamy mnie bolała, próbowałam się zagłębiać w temat jak idzie wampirom i mojemu ojcu w szukaniu zabójcy.
  Klaus okazał się w porządku, pomógł nam i wysłał kilka wampirów od siebie by złapali sprawcę. Podobno, a raczej na pewno... Klaus ma w tym także swój interes. Czyżby znał Maksa osobiście? A może coś wie? Albo po prostu tak należy zrobić, i sam chce dać mu odpowiednią karę za to co zrobił mojej mamie?
  Do domu wszedł mój brat z trzema wampirami, mój tata na końcu. Wpatrywałam się w telewizor nawet nie zwracając na nich uwagi, jedynie chciałam podsłuchiwać ich rozmowę.
-Nieźle się schował. - szepnął Hubert.
-Znajdziemy skurwiela. - odparł tata.
-Animak wyczuje jego zapach od ubrań Alaski. Na pewno coś tam się znajdzie. Jeżeli nie będzie go w żadnym miejscu, będziemy musieli przepytać Alaskę, a raczej spróbować jeszcze raz. Skoro się znają na pewno spróbuje się z nią kontaktować.
-Jutro spróbujemy. - westchnął tata. - Na razie nie chcę jej denerwować. Dość cierpi.
-Ale to naprawdę się nam przyda.
-Wiem. Aczkolwiek... musimy dać jej czas... Weźmy moje notatki jakie zebrałem na jego temat w szkole i chodźmy do waszej siedziby... omówimy  to i owo.
  Gdy wyszli poszłam do pokoju i wyłączyłam telewizor.
  Byłam strasznie chuda, bo mało jadłam. Można powiedzieć,że przestałam jeść. Mało wychodziłam, generalnie wcale. W domu czułam się bezpieczna. Czułam w domu obecność mamy...
  Poszłam spać w swoim pokoju. Zasypiałam powoli. Nagle usłyszałam dziwny, w miarę cichy hałas, jakby ktoś wskoczył przez okno czy coś. Otworzyłam oczy i nie obawiając się o nic wstałam z łóżka i spojrzałam przed siebie.
  Stał tu Maks, okno jakimś cudem otworzył, a patrzył się na mnie jakby wiedział doskonale co robi. Byłam przerażona, może teraz zabije i mnie?
  Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, gdy zobaczył, że otwieram usta w błyskawicznym tempie, jak wampir, stanął przede mną i zakrył mi usta bym nic nie mogła z siebie wydusić.
  Znalazł na mojej bluzie gdzieś w kieszeni małe dziwne urządzonko. Schował je do swojego czarnego portfela i włożył go do kieszeni spodni. Zdjął z moich ust dłoń.
-Czego chcesz...? Co to było...? To co mi... ściągnąłeś...?
-To był czip. Podsłuchiwali by nas i by wiedzieli gdzie jestem. Powiedz mi, o co chodzi wampirom? Wiem, że ich znasz...
-Zabiłeś moją matkę żeby się odegrać na wampirach za coś. Jesteś... a raczej byłeś.. człowiekiem... jesteś  wampirem?
-Ehm...t... tak... - zawahał się. - Jestem... wampirem. Ale nie zabiłem twojej matki. Nie miałem powodu...
-Maks... jeśli to nie ty, to kto? Ktoś nadal chce coś zrobić mojej rodzinie...
-Uwierz mi, że to nie ja jestem zabójcą! Wampiry chcą mnie dopaść, jeśli wypuszczą animaka to po mnie.
  Spojrzałam mu w oczy.
-Wierzę ci, ale... nie ma innej podejrzanej osoby, Maks... - poczułam napływ łez.
  Przytulił mnie nagle.
-Będę się z tobą jakoś kontaktował, tylko zachowuj się naturalnie. Nie widziałaś mnie, nie rozmawiałaś ze mną, nie wiesz gdzie jestem. Znajdę sposoby na to, by kontaktować się z tobą.
-Skąd tyle wiesz o czipach, o detektywach...?
-Jednego znam. Jest człowiekiem, ale jest bardzo dobry. Znam go, długa historia... opowiadał mi wiele o nich i wiele się dowiedziałem. Wiem do czego są zdolni. Jestem najbardziej poszukiwanym... wampirem... w kraju.
-W kraju...?
-Wieść szybko się rozniosła... Ala... nie mam czasu teraz na pogaduchy. Znajdę sposób... na kontakt.
  Wyskoczył przez okno i zniknął.
  Nie wiem, czy mu wierzę...
  Co robić...?

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy