środa, 18 listopada 2015

Od Alaski

-Musimy coś zrobić, do cholery! - krzyknęła Ada. - Co oni ci zrobili?
-Wypalali wnętrzności kwasami... różne rzeczy... 
-Co z wampirami? Nie mów, że ich wydałaś...
-Zrobiłam to, by was chronić. Ale złapali was i ...
-Och! Jasne! Świetnie! 
-Nie kłóćcie się, kurwa! - krzyknął Aki. - Wymyślimy coś... To na pewno był Maks... Mówię wam!
-Ty oszalałeś. - szepnęłam.
-Sama oszalałaś! Znam go jak nikt, wiem, że to on. Tylko... coś z nim nie tak. 
-Co takiego/ - spytała Ada. 
-Słuchajcie, sorry, że przerywam, ale jeśli dobrze odmierzam czas to właśnie idzie tu Bae. 
-Kto to?
-Przewodnicząca czarownicami. Słuchajcie, nic nie róbcie, nie drażnijcie się z nią...
-Mamy robić co nam każe? - zakpiła Ada z Akim. 
-Po prostu tak zróbcie... 
  Drzwi otworzyły się. Usłyszałam głos ochroniarza - Nicka. Wytatuowanego, umięśnionego faceta który mnie pilnował 24h. 
-Wzywa cię ktoś ważny. - powiedział i ściągnął ze mnie kajdanki.
-Zaraz! Gdzie ją zabieracie?! - krzyknęła Ada.
-Wami zajmie się osobiście Bae. Będziecie grzeczni, nie skończycie jak ona - wskazał na mnie. - Jest słowna, więc pilnujcie się. 
-A ty się nie stawiasz?! - spytała Ada.
  Spojrzałam na nią i wzruszyłam ramionami.
-Po co? Żeby mnie zakatowali na śmierć? - wyszłam. 
  Prowadził mnie po korytarzach, w których jeszcze nie miałam okazji być. Moje włosy były potargane, cała byłam w nieładzie. 
-Gdzie tym razem, Nick? - spytałam cicho, jak to miałam teraz w zwyczaju.  
  Stałam się bardziej spokojna... bez życia. 
-Zmieniają ci celę ze względu na hybrydy. Nie możesz się z nimi porozumiewać w żaden sposób. 
  Kiwnęłam głową. 
  Delikatnie pchnął mnie do środka celi.
-Miłego dnia, Alu. 
-Nawzajem. - chrząknęłam.
  Nick był w porządku, jako jedyny z czarowników. Zdawało mi się, że mnie nawet lubi... ale jest podporządkowany całkowicie Bae. 
  Odwróciłam się. Było tu dużo gratów. Będę miała co oglądać, co robić... 
  Przede mna stała kobieta. Zdjęła kaptur z głowy, trzymała w ręku taki mini naszyjnik - zegarek. To była...
  Moja matka. 
  Patrzyła się na mnie, starając się opanować łzy, zachować spokój. Jakby chciała opanować wściekłość, za to co mi zrobili. 
-Mama...? - pisnęłam w szoku. 
-Chodź do mnie, słoneczko. 
  Rzuciłam się w jej ramiona. 
-Co tu robisz? Jak... 
-Ukrywałam to całe życie... ale jestem wiedźmą. Wiedźmy i czarownice to zupełnie inne odmiany magii. Wiedźm jest mało, więc musiałam się ukrywać... 
-Ale jak żyjesz?!
-Cśś... - szepnęła i pocałowała mnie w czoło. - Twój ojciec jest współtwórcą planu na zabicie mnie. Jednak dali się nabrać na mojego tak jakby... klona. 
-Przewidziałaś... ich... ruch?
-Tak. Ale posłuchaj mnie. Musisz iść ze mną.
-Nie zostawię Ady i Akiego... i chyba... Maksa...
-To ten pies? - zdziwiła się. 
-To podobno Maks... mój...
-Wiem, kochanie. Obserwowałam cię ale gdy cię zabrali... straciłam z tobą kontakt. 
-Mamo... nie mogę ich zostawić...
-Nie zostawisz. Wrócimy po nich gdy powiadomimy wampiry o całym zdarzeniu. 
-Co będzie, gdy cię zobaczą?
-Nic. - wzruszyła ramionami. - Maks to wilkołak, tyle wiem. Ale co się z nim stało...
-Własnie! Co...
-Tego nie wiem. Interesowałam się swoją córką...
-Masz jak mu pomóc?
-Mogłabym się z nim porozumieć... wiesz, telepatycznie. Jak wilkołak z wilkołakiem, ale myślę, że skoro Aki i Maks są bliźniakami wyjdzie im to najlepiej a ja oszczędzę magię. Chodź. 
-A gdzie tak właściwie mnie prowadzisz?
-Zawiadomić Aro o wszystkim.
-Kto to Aro? - spytałam. 
-To pierwszy wampir. Na pewno będzie zły, gdy o wszystkim sie dowie. 
-Gdzie on jest? 
-On, Markiusz, Marek i Floryna. W Londynie. 
-To kupa kilometrów...
-Masz mamę wiedźmę. - pocałowała mnie w policzek a ja ze łzami w oczach się zaśmiałam. 

  Gdy dotarłyśmy, Aro - rzeczywiście - nie był zachwycony. 
-Słyszałem, że coś się tam dzieje... Straszna sprawa, straszna... - ciągnął Aro. 
-Angeliko, cóż takiego dzieje się w Wolftown? Nie mamy tam zbytniego wstępu przez dużą populacje wilków. 
-Czarownice rozpoczynają wojnę z wampirami o Wolftown. Potem mają przejąć inne miasta. Porwali moją córkę, a na mnie planowali intrygę...
  Alex, jeden z przystojniaków - i sługów czterech pierwszych braci - spojrzał się w naszą stronę przerywając rozmowę z jakąś brunetką. 
-A więc... rzeczywiście... Angelika ma sporo racji. - odezwał się Aro. - Musimy chyba... się tam udać... 
  Widziałam, jak o mało co żyłka mu na czole nie pękła. Był wściekły. 
-Zatem... zbierajmy się. Alexie, Caroline, przydacie się nam. - powiedział Markiusz. 
  Floryna wyglądała na wielką damę, wyglądała jak milion dolarów, ale takich skromnych, ale powalających dolarów. Była chuda, miała fantastyczną figurę, czerwone oczy jak oni wszyscy z resztą. Była wysoka, blondynka, jasna cera. Jak śnieg. Wstała z czerwonego krzesła i zeszła do nas. 
  Kiwnęła z lekkim uśmiechem mojej mamie i spojrzała na mnie. 
-Taka młoda... a tak zmaltretowana przez wybryki natury... - powiedziała w końcu delikatnym, spokojnym głosem. 
-Mama zapomniała wspomnieć... - zaczęłam. - Że wilkołaki również przyczyniły się do realizacji planu czarownic. 
-Racja. - przytaknęła mama. - Chcą się sprzeciwić wampirom i wiedźmom. 
-Ruszamy. - zażądał Aro i poszliśmy.

  Najpierw zawiadomiliśmy Klausa, piątego z rodzeństwa pierwszych wampirów. A następnie zaplanowaliśmy atak. Poszliśmy w stronę budynku Bae. Musiałam ich z mamą zaprowadzić, a nawet sama się uparłam, by z nimi iść.
-Co to za kundel, o tam? - spytała Floryna. 
-To mój przyjaciel... chyba zaklęty w psa... 
-Chcemy go ratować? - spytała się Aro. 
-To już problem naszej Angeliki. 
  Czyżby moja mama była z nimi w jakiejś zmowie czy coś? Albo ma jakieś układy. 
-Klausie - odezwał się Marek. - spuśćmy ze smyczy naszego animaka. 
  Klaus uśmiechnął się.
-Robi się, bracie. 
  Czarownice bały się animaków, więc pewnie ich rozwali. 
-Idź tam i pozabijaj. - szepnął, chociaż animaka przy nas nie było. - tylko nie dotykaj tego kundla przy budynku. Hybrydy mają trafić do nas. Łącznie z tym kundlem który tam się kręci. 
-Ja go mogę złapać. - powiedział Makriusz. 
  Markiusz poszedł i złapał psa który się rzucał. Maks... mam nadzieję, że to on. 
  Nagle usłyszeliśmy jakby coś wielkiego biegło w naszą stronę. Dobrze słyszelismy, biegł do nas animak. Nie zatrzymał się przy nas, ruszył na budynek i rozwalił drzwi szarżując. W środku usłyszałam po chwili krzyki. Wszystkie wampiry od rodzeństwa wbiegli do środka, a ja czekałam. Animak wybiegł z budynku walcząc z Bae. 
-Odsuń się, Leono! - krzyknęła wściekła Bae. 
  Animak zawył przerażająco. 
  Bae gdy zobaczyła, że nie ma szans zebrała się i uciekła wraz z kilkoma swoimi kumplami którzy zostali z całej tej walki. 
  Wiedziałam jednak, że to nie koniec. Bae ma więcej ''armii'', wróci tu. 
  Wyprowadzili Adę i Akiego... Maksa miał Markiusz. 
-Kim wy jesteście?! - rzucała się Ada. - chcę wyjaśnień!!!
-Zamknie ją ktoś? - spytał spokojnie Mark.
-Alexie... - kiwnął głową Aro w stronę Alexa.
  Ten postawił ją na ziemię i uderzył w głowę. Co prawda delikatnie, ale uderzył tak, by straciła przytomność. 
  Byliśmy w Londynie. Aro był wściekły, więc pewnie ustali co robią z hybrydami. Należą do rozsądnych wampirów, nie chcą ich zabijać ani niszczyć życia, pewnie ich puszczą wolno, lub będzie chciał ustalić podział ziemi między wampiry a hybrydy... do należy do obowiązku rodzeństwa wampirów... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy