sobota, 28 listopada 2015

Od Alaski

  Gdy podjechaliśmy pod mój dom Maks spojrzał na mnie a ja oddałam mu kask. Tylko się uśmiechałam, a gdy cisza zaczęła mnie drażnić, miałam się już wycofać. Maks jednak zatrzymał mnie jednym ruchem dłoni ciągnąc mnie delikatnie za ramię.
-Następnym razem pomyśl, zanim pójdziesz sama do miasta.
  Zaśmiałam się.
-Dam sobie radę, zaręczam.
-Na sto procent?
-Nie. Na pięćdziesiąt.
-Czemu tylko połowa? - spytał ze śmiechem.
-Jestem skomplikowana, jak... jak enigma. Trudno ją rozszyfrować, gdy komuś się uda... staje się wielkim odkrywcą Marianem Rejewskim.
-Taka dziewczyna i tyle wie. - pokręcił głową. - Mam wrażenie, że kiedyś się widzieliśmy...
-Nie. Nie widzieliśmy. Ale... możemy mieć szansę na przyjaźń. - zmrużyłam oczy.
-Jesteś niezła w kontaktach między ludzkich. - zaśmiał się ponownie.
-A ty jesteś bardzo rozgadany.
-Nie jesteś taka jak inne dziewczyny.
-Czym się więc różnię od ''innych'' dziewczyn?
-Nie wiem. Gdy rozszyfruję enigmę i stanę się drugim Rejewskim na pewno się dowiem.
-Czekam więc na rozszyfrowanie mnie. Chodzisz do liceum Calven Creek?
-Nie,nie... ale chodziłem. Skończyłem rok temu.
-Ach... No tak. To ile masz lat?
-Dwadzieścia prawie.
-No, to może rozszyfrujesz mnie a potem okażesz się tym mordercą?
  Zaśmiał się.
-Tylko cicho, nikomu nie mów.
-Jasne, pomyślę.
  Zobaczyłam jak w środku domku zapala się światło. Obejrzałam się i zobaczyłam, jak mama krząta się w kuchni.
-Powinnam lecieć.
-Jasne. Do zobaczenia.
  Skinęłam głową.
  Weszłam do domu,a mama nawet o nic nie pytała. Oparłam się o blat w kuchni i usiadłam na niego. Mama pacnęła mnie ścierką po tyłku na znak, że mam zejść. Zrobiłam więc tak.
-Nie pytasz... ehm... gdzie byłam...?
-W szkole.
-W mieście... mamo, mam lekcje do piętnastej, a jest właśnie osiemnasta dwadzieścia dwie...
-No widzisz, jak szybko czas leci? - spytała.
-Mamo, przyszłam tu po resztę rzeczy. Zaraz muszę wracać do Calven Creek...
-Rzeczy masz uszykowane. Ja muszę się zacząć pakować... a, i uważaj. Grasuje tu ten morderca. Straszne. Zabija dzieci młotkiem! Wyobrażasz to sobie? Skandal jak ja nie mogę!
-Tak... skandal...
-A ty co taka markotna?
-Masz humorki, mamo? - uśmiechnęłam się.
-Nie,nie... zaczął mi się okres...
-Ach, no fakt. - machnęłam ręką i poszłam po rzeczy.
-Weź mój samochód. Po mnie rano przyjeżdża Hubert.
-Dobra. Pa mamuś. - pocałowałam ją w policzek.

  Po drodze, oczywiście, ale na szczęście, mój samochód zepsuł się przy akademiku. Zadowolona ale i wkurzona nie rozumiejąc co się właściwie podziało, wyszłam z samochodu. Trzasnęłam drzwiami.
-Cholerne gówno! - krzyknęłam na puste, ciemne uliczki akademika.
  Nagle doznałam szoku i prawie serce wyskoczyło mi z piersi.
  Znikąd pojawił się przystojny student z Florydy. Uśmiechał się tak cudownie jak zawsze gdy go miałam szczęście spotkać. Był ubrany w ciemne jeansy, które na dole miały ściągacze, luźną, szarą koszulkę i na to troszkę za dużą rozpinaną,czarną, bluzę baseballówkę z napisem Calven Creek Academy, co wyglądało naprawdę cudownie.
-Coś nie tak? - odezwał się wreszcie.
  O Boże, odezwał się do mnie.
  Zaniemówiłam. To tak, jakbym była jakąś wielką fanką jakiegoś swojego idola, mając dwanaście lat, i właśnie zobaczyłabym go na własne oczy.
  Szok. Miał przepiękny głos.
-Ehm... wiesz... Nie wiem nawet co się stało... Po prostu stanął.
-No to w takim razie spróbuję go ruszyć, zanim Orzeł się zorientuje, że tu jestem.
  Orzeł - dyrektor. Sukinsyn. Zabija Wzrokiem Wiecznego Potępienia, jak to nazwała Sara.
  Wsiadłam z nim do swojego czarnego forda i czekałam na to, co powie mi pan zagadka.
-Alex. - powiedział majstrując przy stacyjce próbując odpalić tego grata.
-Ehm...
-Mam na imię Alex. - wyjaśnił szybko.
-Ach... Alaska...
  Uśmiechnął się delikatnie.
-Nie chciałbym zadawać oczywistego pytania, ale dlaczego A l a s k a? - zapytał.
-Zawsze w końcu się pojawia. W porządku, więc kiedy byłam dzieckiem, moja mama była trochę hippiską. Wiesz, nosiła wyciągnięte swetry, które sama wydziergała, paliła mnóstwo trawy i tak dalej. A mój tata był prawdziwym typem agenta FBI który miał fizia na punkcie zbrodniarzy itp, a kiedy się urodziłam, mama chciała mnie nazwać Harmony Springs McCurly, a tata chciał, żebym nazywała się Channel Frances McCurly. Zamiast więc dać mi na imię Harmony albo Channel, zgodzili się zostawić decyzję mnie. Kiedy byłam mała, nazywali mnie Channel. Znaczy, się nazywali mnie ''skarbie'' i tym podobnie, ale w formularzach szkolnych pisali Channel McCurly. Na moje siódme urodziny w prezencie pozwolili mi wybrać sobie imię. Ale jazda, co? Cały dzień szukałam na globusie taty naprawdę genialnego imienia. I tak mój pierwszy wybór padł na Czad, jak ten kraj w Afryce. Ale tata powiedział, że to imię dla chłopca, więc wybrałam Alaskę.
-Ale dlaczego Alaska? - spytał przerywając.
  Patrzył się na mnie swoimi piwnymi oczami szukając w moich odpowiedzi, unosząc prawy kącik ust w uśmiechu.
-No więc później dowiedziałam się, co to znaczy ta nazwa. Pochodzi od aleuckiego słowa Alyeska. Znaczy ''ta, o którą rozbijają się fale''.Ale wtedy po prostu zobaczyłam na górze globusa Alaskę. Była wielka - taka, jaka ja chciałabym być. I była cholernie daleko od Vine Station w Alabamie - tak jak chciałam być.
  Zaśmiał się.
-Niezwykła jesteś, doprawdy.
-Czasem jak się rozgadam.... przepraszam... - zawstydziłam się, nie wiem dlaczego.
-Pozwolisz, że zabiorę samochód do warsztatu? Pracuję tam, a chętnie zajmę się za d a r m o Twoim samochodem.
-Pewnie. Jutro o...?
-Szesnasta. - odparł i spojrzał na mnie tajemniczo.
-Do zobaczenia.
  Milczał. A potem odjechał moim fordem.
  W szkole Sara dopadła mnie a ja trzymałam się jej ramienia. Gadała i gadała a gdy przestała, bo zobaczyła Pułkownika - swojego Byłego/Obecnego Łamane Przez Nie Wiem. Zmierzyła go, a ja spojrzałam w inną stronę by Pułkownik nie zaczął mnie wypytywać o moją współlokatorkę. Szłyśmy przed siebie.Sara zdenerwowana na widok swojego Byłego/Obecnego Łamane Przez Nie Wiem, którego właśnie tak sama nazwałam, ruszyła w jego stronę. Syknęłam i pociągnęłam ją do siebie.
-Idziemy,idziemy.  - szepnęłam.
-Ale należy mu się!
-Za co? - spytałam przekrzywiając głowę.
-Za to, że zawsze stawia na swoim!
-O rany boskie... - zaśmiałam się i poszłam do stołówki gdzie byli wszyscy uczniowie.
  Przy stoliku z dwoma kumplami siedział Alex. Obserwował mnie cały czas nie odrywając ode mnie wzroku.
  Boże, rumienię się...?
  Boże, boże,boże,boże... Ja się rumienię!
  Schowałam twarz szybko za swoją książkę Moby Dicka i czekałam do dzwonka.
  NIE ŁAP KONTAKTU WZROKOWEGO ZE STUDENTEM...
  Choć wgapianie się w niego było tak kuszące.
  Stojąc przy nim miałam ochotę sie na niego rzucić.
  Jego idealnie zbudowane ciało, niczym jakiegoś młodego boga...
  Jego głos, jego oczy,  twarz, jego sposób mówienia, w jakim pokazuje wszystkim dookoła swoją bezgraniczną obojętność, ale za razem tajemniczość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy