poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od Alaski

  Nie za bardzo wiedziałam co robić. Matt zaginął, Kath zdaje się go dość dobrze kryła, nic nie chciała powiedzieć. Jackson o dziwo zniknął, ale stawiam, że nie na długo. Mogłam jedynie oddać się całkowicie swojej pieprzonej rutynie i robić to co powinnam robić dzień za dniem w swoim nad zwyczaj spokojnym życiu.
  Dziś korzystając z wolnego dnia od pracy i (chwilowo) nauki wpadłam z wizytą do Ady i chłopaków. Mogłabym przysiąc, że Katherine jest w ciąży, jednak o nic nie pytałam. Wampiry przecież nie zachodzą w ciążę... co nie?
  Przecież mężczyźni-wampiry są teoretycznie martwe, więc ich organizmy są równie martwe jak reszta ciała. Dlatego są zimne - brak krwi i jakichkolwiek komórek powoduje oziębienie. Ada jedyne co mogła mi powiedzieć to to, że to skomplikowana sprawa. Wiele mi mówi, ale z tego mogłam wyciągnąć, że mimo wszystko jednak mam nic nie wiedzieć, lub lepiej o tym nie mówić.
  Maks zszedł na dół. Nie powiem, nasze relacje trochę się oziębiły. Od kiedy ja jestem z Mattem a on z Katherine coś nas trzyma od siebie z daleka, nie jestem nawet w stanie określić, co to takiego. Kiwnęłam mu tylko głową a on zrobił to samo w moją stronę.
  Tośmy se pogadali.
  Dostałam nagle telefon ze szkoły od Orła. Musiałam pilnie iść do szkoły, zdenerwowana i zestresowana ruszyłam na wezwanie dyrektora i... cóż, modliłam się, żebym nic nie spieprzyła... i żeby mnie nie wywalili.

  W szkole weszłam do środka. Była zupełnie pusta, korytarze aż błyszczały się od nadmiaru środków czyszczących i pasty do podłogi, dlatego ostatnio ledwo co się tu nie zabiłam. Poszłam prosto do gabinetu dyrektora, ale w nim siedział Jackson. Zaskoczona chwyciłam za klamkę chcąc uciec, ale drzwi były zamknięte. Szarpałam klamką ale to na nic.
  Spojrzałam w stronę Jacksona a on z uśmiechem pstryknął palcami i zgasło światło. Po chwili się zapaliło, a ja stałam w pustym pomieszczeniu, zdaje się, tym samym gabinecie co kilka sekund temu. Otworzyłam drzwi by wyjść, nie miałam z tym żadnych problemów. Ale przede mną był ciemny, brudny i zasyfiały korytarz. Na nadgarstku miałam dziwną bransoletkę, świeciła na żółto.
  Po chwili znikąd usłyszałam głos Jacksona.
-Witaj w świecie krwi, mordu i wiecznego strachu. Jesteś... obiektem testowym mojej nowej zabawki. A więc... musisz tu przetrwać. Bransoletka to tylko informacja o mutacji.
-Mutacji...? Co ty pieprzysz?! Co to ma być...?!
-Przekonasz się. Jeśli będzie czerwona, to znaczy, że się bardzo boisz. Wtedy nastąpi mutacja. Powodzenia.

  Błąkałam się po ciemnym korytarzu szukając wyjścia. Świeciłam swoim telefonem ile tylko starczy baterii. Usłyszałam niedaleko trzask metalowych drzwi. Pobiegłam prostym korytarzem i pchnęłam wielkie, ciężkie drzwi i wyszłam na jakiś ogrodzony teren. Głowa mnie mocno zabolała, zakręciło mi się w głowie. Nagle przede mną stanęła mała dziewczynka.
-Hej... co tu robisz...? - spytałam a ona się lekko przestraszyła. - Nic ci nie zrobię. Boisz się? Ja bardzo... Jeśli chcesz pomogę ci stąd wyjść, hm?
-Nie wiem gdzie jest wyjście.
-Nikt tego nie wie. Macie mało czasu. - usłyszałam głos Jacksona.
-Spieprzaj, dobra?! - krzyknęłam.
  Dziewczynka drgnęła, a ja westchnęłam zmęczona.
-Przepraszam...
-Nic się nie stało. - szepnęła.
-Słuchaj... na pewno ktoś nas stąd wydostanie. Ktoś od moich przyjaciół... Na pewno ktoś się zorientuje. Jackson to zwykły ch... głupek. Pewnie powie komuś z moich przyjaciół o tym że mnie uwięził... znajdzie nas ktoś. Obiecuje.
  Dziewczynka złapała mnie za rękę i... gdzieś poprowadziła...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

statystyka

Popularne posty

Obserwatorzy