Poszłam na bal założycieli ze względu na naleganie Ady. Matt nadal siedział w więzieniu i dostał dożywocie. Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Wszystko leciało mi z rąk ze zdenerwowania i bezsilności. Nie mogłam mu pomóc wydostać się z więzienia a on gdyby chciał to by uciekł... z tego co wytłumaczył ma w tym konkretny cel. Nie wiem co planuje ale na pewno to nie jest nic dobrego. Nie obchodziło mnie to nawet. Chciałam go mieć przy sobie. Chciałam żeby wrócił DO MNIE. A nie pieprzył się ze swoimi chorymi racjami i planami.
Źle czułam się na tym balu założyciela bez mojego Matta. Tak bardzo za nim tęskniłam... tak bardzo mi go brakowało...
Dzień założyciela trwał więcej niż dzień... ale dziś prezydent miasta zarządził tydzień świętowania z okazji końca wojen i swoich urodzin. Prezydent Zachovski był jednym z tych grubych, kasiastych, zarumienionych od nadmiaru alkoholu i leków na serce starych mężczyzn pragnących szacunku i władzy ponad wszelką miarę. Był nawet okej, ale lubił mieszać się w nie swoje sprawy. A że lubił się bawić, stwierdził, że pierwszy raz od trzystu lat zrobi Tydzień Założyciela. Niektórzy byli zadowoleni, jedni nie - ja miałam to głęboko w nosie. Nic się nie liczyło. Nawet nie miałam możliwości rozmowy z Mattem. Nie wiem dlaczego. Wilkołaki pilnowały go zbyt dokładnie i nie mogły pozwolić na wtargnięcie kogokolwiek. Matt jest podejrzanym typem faceta któremu według wilkołaków nie można ufać. Ja ufam mu bezgranicznie.
Ada nie rozumiała mojego cierpienia bo dla niej dobrze ze Matt trafił w ręce wilkołaków. Jednak słyszałam jak mówi do Akiego i Sama co wilkołaki z nim zrobią. Mają jakieś niepozałatwiane sprawy. To co usłyszałam, jak mogą go zamęczyć na śmierć... łzy pojawiły się w moich oczach razem z obrazem zmasakrowanego Matta związanego łańcuchami oblanych werbeną.
Po balu i po drugim dniu Założyciela działy się dziwne rzeczy. Wilkołaki zaczęły być atakowane z ukrycia przez nie wiadomo kogo. Sprawę badał mój ojciec który zwrócił się o pomoc do hybryd. Moi przyjaciele zgodzili się pomóc, wilkołaki to także ich sprawa bo ta część rasy tez w nich jest.
Nie wiedzieli kto to. Mój ojciec był o mnie zmartwiony. Byłam jego córeczką, bal się o mnie a moja matka jeszcze bardziej. Pytała się " gdzie twój facet w takim momencie? Chce go poznać... "
Nadal nie poznała Matta. Wiedziałaby kim jest i do czego jest zdolny.
Gdy ludzie spędzali czas na dworze gdzie był zamek założycieli, teraz mieszkał tam sam prezydent, czuli się wszyscy bezpieczniej. Liczne morderstwa, masakrowanie wilkołaków... to mi nie pasowało. Coś się działo i było ewidentnie nie tak.
Gdy szłam do więzienia by dostać się do Matta chcąc wyjaśnić wszystko i wreszcie po miesiącu go zobaczyć... nie było go. Człowiek siedzący w budce powiedział ze został wypuszczony. Był jakiś dziwny, odpowiadał jak robot.
Poszłam lasem. Nikt teraz nim nie chodził bo ludzie się bali. Ja jednak wiedziałam z czym mam do czynienia. Nagle zza drzew skoczył na mnie Matt. Zaskoczona spojrzałam na niego zapłakana i przytuliłam go.
-Matt! Jak...?! Jesteś tu... boże... Matt...
-Hej kochanie... - spojrzał na mnie czerwonymi oczami.
-Czemu masz czerwone oczy?
-Od krwi. - uśmiechnął się.
-Co? Piłeś ludzką krew?
-Tylko troszkę. - zaśmiał się. - wilczą.
-Ty Zabiłeś wilkołaki?!
-Nie sam. Pomogli mi moi cudowni towarzysze! - krzyknął. - Poznaj, kotku, moich pięciu wspaniałych braci!
-Kaj, Michael, Luke, Karol, Dan.
Pięcioro mężczyzn stanęło naprzeciwko mnie i z krwawymi uśmiechami stanęli przede mną i Mattem. Lekko się przestraszyłam i schowałam się za moim ukochanym.
-A to jest Alaska. - powiedział Matt. - Nie do jedzenia. - zaznaczył.
-Luzik Macik. Nie tkniemy twojego obiadku... yyy... skarbu. - powiedział Dan.
Matt roześmiał się.
-A nasza siostra? Nie było jej w grobowcu naszej rodzinki. Stęskniłem się! - powiedział Karol.
-Obudziła się i flirtuje z Hybrydą. - powiedział zniesmaczony Matt. - Ojciec jest wkurzony ale myślę że da jej wolna rękę. Chociaż nasz tatuś jest nieprzewidywalny.
-Chce jej złożyć wizytę. - powiedział z uśmiechem Kaj.
-Ja się w to nie mieszam. Musze zadbać o Alaskę. W końcu... moi przyjaciele, dziś dzień założyciela. - zaśmiał się Matt.
-Idealnie się obudziliśmy. - westchnął Luke.
-Do zobaczenia później w naszym rodzinnym domku. - powiedzieli w tym samym czasie i zniknęli.
No to teraz się zacznie. Mimo wszystko... liczy się tylko Matt. I nie jestem nim zaślepiona... kocham go.
Zaprowadził mnie do domu w lesie który należał do jego i jego rodzeństwa. Spojrzał na dwie sukienki i buty rozwalone po pokoju. Westchnął i wprowadził mnie do środka za rękę.
-Moja siostrzyczka zdążyła się rozgościć.
-Czy twoja siostra to Katherine? - spytałam go. - Poznałam ją na balu założyciela.
-Tak. To ona.
-Wygląda na miłą...
-Ale taka nie jest. Słuchaj, spędziliśmy z nią tysiąc lat i to sporo czasu na poznanie kogoś. Moja siostra jest jako piąta jeśli chodzi o wiek w naszym rodzeństwie. Mimo tego że najmłodsza... znamy ją dobrze. Nie mamy co do niej złych zamiarów, jest naszą siostrą. Ale i tak wiemy do czego jest zdolna. Mi ona jest obojętna ale rodzeństwo trzyma się razem. Jeśli będzie potrzebowała pomocy to ja od nas otrzyma. Zawsze byliśmy razem. Moje rodzeństwo. Nigdy nie byliśmy osobno. Całe tysiąc lat tak było. No... osiemset. Potem wszyscy się rozeszli. Ja wolałem być sam. Gdy założyli Wolftown chcieliśmy je przejąć. Walczyliśmy sto następnych lat. Potem spieprzył sprawę Michael. Jest najmłodszy. Zaraz po Kath. Zamiast walczyć i wykonać plan jak było mówione, zamordować tego śmiecia założyciela... wolał walczyć z Akim. Oni się nienawidzą najbardziej. Jak kot i pies. Nawet gorzej. Założyciel tez walczył ale wtedy był osłaniany. My mieliśmy oczyścić i zająć wroga który osłaniał Założyciela a on miał oderwać mu głowę.
-I wolał zabić Akiego?
-Nie zabić. Traktuje Akiego jak wroga ale bez wroga Mich nie umie żyć. Musi mieć głównego wroga którego będzie miał pod ręką i którego będzie chciał zabić. Nienawidzi go ale w jakimś stopniu go potrzebuje. To dziwne. Wiem. Ale tak to działa u Michaela. I spieprzył sprawę. Nas zaatakowano i przez Michaela zamknięto nas w naszym rodzinnym grobowcu w San Diego. Na szczęście wiedzieliśmy ze w dzień i przed dniem założyciela wszyscy się obudzą i znowu zacznie się walka o Wolftown. Nasi ojcowie mają zasady ale my jako ich dzieci możemy je łamać a oni tylko mogą nas wysłać do grobów. Klaus jest naszym ojcem. Całej szóstki. Ale nic nam nie zrobi. Jest jakby... symbolem wojny, bólu, cierpienia. Nasze rodzeństwo jest najgorszym w dziejach. Oczywiście jesteśmy z tego dumni. Nasza siostra wyrzekła się rodzinki i bajabongo, poszła w pizdu. Jednak nasz tatuś nie da jej odejść. Moi bracia tez nie. Umie się zmienić ale nie na dłuższy okres czasu. Potrwa to kilkaset lat ale nie dłużej.
-Czyli... Kath jest w końcu zła czy dobra?
-Tego nikt nie wie. Jedyna rzecz której o niej nie wiemy. Jest moją siostrą blizniaczką, powinienem wiedzieć o niej więcej. Jednak wiesz, mówi się, że jest ode mnie młodsza bo wygląda na młodszą. Jesteśmy podobni ale jednak nie do końca. -Katherine wydaje się miła. Złego słowa na razie nie mogę powiedzieć.
-Właśnie. Na razie. - pocałował mnie w czoło i pociągnął za rękę na górę do pokoju. - Tu jest mój pokój. Reszta pewnie pamięta swoje.
Jego pokój był wielki. Ich dom na zewnątrz był stary ale ale środku odnowiony.
-Kto go remontował gdy wy spaliście?
-Ojciec. - zaśmiał się.
Było tu łóżko.
-Wampiry nie śpią...
-Tylko te pierwotne wampiry mogą spać. - pocałował mnie w szyję.
Gdy walnął mnie na łóżko usłyszeliśmy na dole jego braci i rozzłoszczoną siostrę. Zeszliśmy na dol rozdrażnieni ze nam przerwano.
-Dajcie mi spokój!
-To.tez nasz dom Katherine. - zaśmiał się Luke.
-Ale chcę mieć od was spokój! Chce normalne życie!
-nigdy go nie będziesz miała.
-Jesteście okropni!
-cóż za mile słowa dzięki. - powiedział Karol.
-Chłopaki... idziecie zapolowac? - spytałam.
-Ja chętnie. Może ludzie będą.
-Polecam tam nad wzgórzem. Często robią tam campingi. - powiedział Matt.
Zniknęli. A ja z Mattem i Kath zostałam. -Jaki bałagan zrobili! - krzyknęła Kath.
-Może Ci pomogę? - spytałam podchodząc do niej.
-Alasko... - usłyszałam za sobą głos Matta.
-Nie jest groźna, Matt! - westchnęłam.
-Idę zapolowac. - zniknął z domu.
-Przepraszam za mój wybuch... po postu wiem ze potrafią zniszczyć życie.
-Może oni też się zmienili... - pomogłam jej sprzątać bałagan.
-Oni? Daj spokój.
-Może skoro ty nie wierzysz w ich przemianę to spójrz jak to wygląda z ich strony...
-Może masz rację... ale ja naprawdę chce się zmienić...
-To twoja rodzina. Nie uciekaj od nich tylko im pokaż ze jesteś silniejsza niż wampirzy głód i pociąg do zabijania.
-Może masz rację, Alasko...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz